"Antychryst w wersji soft"

edytowano grudzień 2007 w Arkan Noego
image

Antychryst w wersji soft
ks. Robert Skrzypczak

Przed czterema laty Jan Paweł II przestrzegał: "Europejska kultura sprawia wrażenie Â?milczącej apostazjiÂ? człowieka sytego, który żyje tak, jakby Bóg nie istniał". Dziś już nie tylko ukryta, ale całkiem jawna i natrętna, zaczyna niepokoić duszpasterzy i dziennikarzy. Apostazja, czyli świadome wyrzekanie się związków z własną wiarą i własnym Kościołem, była zawsze postrzegana jako poważny dramat osobisty i głęboka rana zadana wspólnocie uczniów Chrystusa. Kościół pierwotny uważał ją, obok zabójstwa i cudzołóstwa, za najcięższy grzech.

Przed laty straszyła nas liczba osób wypadających poza burtę chrześcijaństwa w sąsiadujących z nami krajach. Dało się to wyjaśnić obiektywnymi klęskami dziejowymi. Dziś, gdy żądania wypisania z Kościoła czy "unieważnienia" chrztu docierają do polskich parafii, nie sposób uchylić się od pytania: co przeszkadza chrześcijanom czuć się w Kościele jak u siebie? Skandale? Owszem, lecz jeśli ewangelia wciąż jest na czasie, jeden na 12 w każdym pokoleniu okaże się Judaszem. Za dużo instytucji? Za mało serca? Lecz to czysto ludzkie kategorie, poddające się regulacji. Normalną reakcją pasterza będzie sprawdzenie, czemu mimo wypchanych spichlerzy owieczki chudną.

Powrót Antychrysta

Epoka permanentnej hipochondrii usiłuje przyzwyczaić nas do przeróżnych diet soft i light. Przywykliśmy do kawy bez kofeiny, czekolady bez cukru i kotletów bez mięsa. Jednakże chrześcijaństwo bez Chrystusa jest jak nasienie bez plemników. Nawet przy wielkim wysiłku przypomina współżycie dwojga impotentów. Nie rodzi nowego życia, a więc rozmija się ze swym nadprzyrodzonym przeznaczeniem. Myślę, że to właśnie miał na myśli papież Benedykt XVI, mówiąc w Monachium: "Kiedy przedstawiam w Niemczech projekty socjalne, natychmiast otwierają się przede mną drzwi. Ale kiedy przyjeżdżam z projektem ewangelizacyjnym, spotykam się najczęściej z powściągliwością".

W tym kontekście musiało zadziałać wydobycie na światło dzienne â?? najpierw przez kardynała Biffiego podczas ostatnich watykańskich rekolekcji, potem przez samego Benedykta XVI â?? tajemniczej biblijnej postaci Antychrysta. Fala kpin i niesmaku przeszła przez prasę. Powoływanie się dzisiaj na takie operetkowe przykłady nie jest w dobrym guście. Prawdziwy problem okazał się ukryty głębiej. Nie chodziło bowiem o napiętnowanie jakiegoś krwawego tyrana czy publicznego skandalisty, lecz o wskazanie na podstępnego konia trojańskiego wprowadzonego w organizm chrześcijańskiej wspólnoty. Punktem odniesienia dla obydwu hierarchów była wizja rosyjskiego filozofa Włodzimierza Sołowiowa sprzed ponad stu lat, zapowiadająca pojawienie się Antychrysta w kontekście wielkiego kryzysu, jaki miał dotknąć chrześcijaństwo pod koniec XX i na początku XXI wieku. Sołowiow prorokował, że po stuleciu bolesnych doświadczeń nad życiem ludzkim zaciąży wielka nihilistyczna pustka. Na polu ideologicznym załamie się system materialistyczny, nie doprowadzając jednakże do umocnienia wiary, lecz pozostawiając w ludziach złoża wypalonych złudzeń. W tę sytuację wpisze się wspaniale wspomniany Antychryst.

Dobrotliwy truciciel

Ważniejsze od wyobrażeń Sołowiowa dotyczących przyszłych wydarzeń jest wskazanie na cechy przypisywane tej postaci. Antychryst Sołowiowa to osobowość pociągająca, uśmiechnięty truciciel. Wierzył w dobro, a nawet w Boga, lecz "dawał pierwszeństwo przed Nim sobie". Był ascetą, naukowcem, filantropem. Dawał "wiele znakomitych przykładów powściągliwości, bezinteresowności i dobroczynności". Już za młodu okazał się zdolnym i wytrawnym biblistą.

Jeden szczegół pozostaje charakterystyczny: osobista niechęć do postaci Chrystusa. Według niego Chrystus w świecie zbankrutował, jego nauki moralne, zamiast jednać ludzi, wprowadzały podziały. "Ja was zjednoczę siłą dobroczynności okazywanej tak dobrym, jak i złym". Drażniło go traktowanie Chrystusa jako jedynego zbawiciela świata. "Był jednym z wielu, a właściwie moim prekursorem. Zbawicielem doskonałym będę ja!". Był przekonany, że zdoła przedestylować nauczanie Jezusa tak, aby okazało się strawne dla wszystkich. Najbardziej jednak wyprowadzało go z równowagi utrzymywanie, że Chrystus umarł i zmartwychwstał. Nie mógł znieść, że Tamten żyje.

Skandal Antychrysta polega na tym, że chodzi o wzorowego pacyfistę, ekologa i ekumenistę, przyjaciela zwierząt, filantropa i wegetarianina. Jego urokowi zdoła się przeciwstawić jedynie mała grupka chrześcijan, którzy dobrze wyczują, że chodzi tu o chrześcijaństwo rozwodnione, z Chrystusem wziętym w nawias.

Co mamy myśleć o tej postaci? Gdyby to był jawny przeciwnik Boga czy Kościoła, w rodzaju gorzkiego jak piołun ateizmu czy prymitywnego komunizmu, wszystko byłoby jasne. Tymczasem jest odwrotnie. Zwodziciel będzie się starał przebrać w szaty "dobrotliwego Pana", "mesjasza tolerancji", "mistrza uśmiechu", by przejąć jego uczniów. Nikt nie przestrzega przed grożącym niebezpieczeństwem. Co najwyżej ktoś wzruszy ramionami lub wybuchnie śmiechem nad "katolicką paranoją".

Filozofia "zamiast"

Uwiąd wiary chrześcijańskiej i prześladowanie jej zwolenników nie dokonuje się za sprawą ewidentnego przeciwnika, lecz w zakamuflowanej formie filozofii "zamiast". Antychryst reprezentuje sobą nowy humanitaryzm: miłość zastąpiona filantropią, wiara â?? kulturą. Już w pierwszych wiekach chrześcijaństwo musiało stoczyć wielopokoleniowy bój z tzw. pelagianizmem, w ramach którego Jezusa przedstawiano jako wzniosły wzór dla człowieka, ten jednakże do wszystkiego miał dojść własnymi siłami. Dziś neopelagianizm usiłuje nam podarować chrześcijaństwo jako religię wartości, których nikt nie podaje w wątpliwość: miłość, sprawiedliwość, szczerość, walka o pokójâ?? Brak w niej jedynie żywego i osobowego Boga, który przechodzi obok, zbawia, powołuje i kocha. Brak zmartwychwstania Chrystusa, które transformuje całą ludzką egzystencję i wzywa do osobistej odpowiedzi na propozycję życia wiecznego.

Włoski filozof Augusto del Noce wyjaśniał to tak: "Dziś, gdy marksizm znalazł się w sytuacji nieodwracalnego końca, zaś rewolucja seksualna i kombinacja marksistowsko-freudowska wyznaczają kierunki, walka przeciwko katolicyzmowi dokona się pod szyldem humanitaryzmu". Czegóż innego oczekuje się dziś od katolików, gdziekolwiek są, jeśli nie tego, by chrześcijaństwo sprowadzić do moralności oddalonej od jakiejkolwiek metafizyki i teologii. I to takiej moralności, która â?? broń Boże â?? nikogo nie wykluczy, lecz wręcz usunie wszelkie podziały. Bycie w pełni człowiekiem oznacza zaangażowanie się na rzecz jednoczenia ludzi dobrej woli. Wiara natomiast prawie zawsze tworzy ryzyko podziałów.

Ta uniwersalna moralność musi być nade wszystko tolerancyjna. Katolicy mogą sobie w duszy żywić ściśle religijne nadzieje, jeśli tylko będą one w stanie mobilizować ich do wykazywania się w praktycznej, ludzkiej i dobroczynnej działalności. Dla humanistów bycie katolikiem polega właśnie na tym. Wiara w Chrystusa czy życie wieczne są jedynie prywatnym dodatkiem; etyka i polityka obywają się świetnie bez tych religijnych koneksji. Religie i wierzenia winny czcić tego samego, statystycznie wyjustowanego Boga, który nie ma już żadnej odpowiedzi w obliczu życiowych rozterek dewastowanego wewnętrzną pustką mieszkańca krainy Nokii i peceta.

Nic przeto dziwnego, że takie "chrześcijaństwo soft" zostaje w konsekwencji zlekceważone w przestrzeni publicznej: w szkołach więcej zainteresowania okazuje się sufizmowi muzułmańskiemu i sztukom buddyjskiej relaksacji niż wysłannikom w koloratkach. Łatwiej do wyobraźni dzieci przemówić Halloweenem i Potterem niż nieczytelnym przesłaniem o tym, że mamy "być dobrzy i otwarci". Czyż Jezus nie mówił, że gdy ogień zagaśnie i sól zwietrzeje, to, co zostanie z jego Dobrej Nowiny, nada się tylko na podeptanie?

Pół biedy, jeśli duch Antychrysta rozpanoszy się w tzw. przestrzeni publicznej, znacznie gorzej, jeśli zacznie wnikać w obszar samych parafii i wspólnot chrześcijańskich. Ludzie spragnieni Boga i nieba dostaną tam to samo, co można znaleźć na globalnym rynku usług psychologiczno-duchowych: wyrafinowane moralizatorstwo zamiast kerygmatu o Chrystusie zmartwychwstałym, dialog zamiast przebaczenia, kulturalnego urzędnika zamiast wspólnoty, akcję w służbie czystości środowiska zamiast sztuki walki z grzechem, instruktaż macierzyńskiego rozsądku zamiast dobrej nowiny o możliwości wyjścia poza barierę lęku w kochaniu, nieznośną ludzką paplaninę zamiast Słowa Bożego.

Katechon

W jednym z popularnych komiksów "Dylan Dog" dziecko o imieniu Lamby, co oznacza Baranek, podejmuje usilne starania, by coś zakomunikować dorosłym, lecz ci nawet nie próbują zrozumieć jego dziecinnego gaworzenia. Tymczasem z magazynów wojskowych zaczyna wyciekać przechowywana tam broń biologiczna. Podobnie wygląda akcja filmu "Królestwo" Larsa von Triera, gdzie mroczne, hipnotyzujące zło poczyna spowijać przestrzenie szpitala, w którym powinni być leczeni ludzie, lecz nikt sygnałów ostrzegawczych nie traktuje serio. Zdaję sobie świetnie sprawę, że dziś mówienie o zagrożeniu duchem Antychrysta przypomina historię klowna, który biegnie do ludzi, prosząc o pomoc w gaszeniu pożaru jego cyrku. Z perspektywy zmian, jakie od dwóch lat zauważam w mentalności włoskich katolików, wcale nie krępuję się występować w roli wyszminkowanego pajaca.

Dawne, romantyczne przypisywanie Antychrysta do konkretnych postaci: Hitlera, Stalina czy bin Ladena, świadczy tylko o banalizowaniu zła, ograniczającym jego rozumienie do form najbardziej brutalnych. To prawda, że Antychryst zawsze łączy się jakoś z przemocą tego świata, niemniej w jego przypadku mamy do czynienia z najbardziej przewrotną i uwodzącą postacią zła, trudną do rozpoznania. Gdzie zatem jest i jak go zlokalizować? Być może ukrywa się w każdym z nas jako coś, co walczy przeciw Chrystusowi, wstrzymując jego powrót i czyniąc ten świat nieznośnym? Być może trzeba go szukać "od środka", w jakimś grzechu strukturalnym albo w tym, co Jan Paweł II nazywał kulturą śmierci?Apostoł Paweł, ostrzegając przed Antychrystem, używał słowa "katechon", wskazując na coś, "co go teraz powstrzymujeâ?? Niech tylko ten, co teraz powstrzymuje, ustąpi miejsca, a wówczas ukaże się Niegodziwiec". Wydaje się, że apostoł i jego słuchacze świetnie się rozumieli. Tylko dla nas pozostaje zagadką, co kryje się w treści owego określenia "katechon".Niektórzy twierdzą, że może nim być niezmordowane demaskowanie zła, zwłaszcza w nas samych. Inni, że jest nim chrześcijańskie państwo oparte na porządku prawnym i świetle Ewangelii, skutecznie walczące z niegodziwością pod postacią anomii â?? bezprawia.

Biblijna Apokalipsa podpowiada natomiast, że Antychrystowi przeciwstawią się dwaj świadkowie. Takich świadków, po dwóch, wysyłał bez torby i pieniędzy najpierw sam Jezus, potem Grzegorz Wielki i św. Franciszek, Bernardyn ze Sieny i Jan Paweł II â?? aby szli i głosili ewangelię. Logika dwóch świadków, głoszących słowem i życiem Chrystusa, jest w stanie przywrócić wiarygodność wszystkim poczynaniom Kościoła. Być może to miał niedawno na myśli włoski filozof i polityk Massimo Cacciari, kiedy zirytowany mówił, iż "papież powinien przestać uprawiać Â?katechonÂ?".

Komentarz

  • Celowo wklejam ten tekst związanego z Neokatechumenatem ks. Skrzypczaka, bo pisze on o tym samym, co odwołujący się do konserwatyzmu Adam Wielomski. Ciekawe, że obaj postanowili popsuć czytelnikom przedświąteczną sielankę.
Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.