Wpadki i gafy...coś ku poprawie humoru

edytowano maj 2010 w Ogólna
Do założenia tego wątku skłoniła mnie moja ranna przygoda. Choć w pierwszej chwili wcale nie było mi do śmiechu, to w sumie śmiałam się sama z siebie przez resztę dnia.

Szykując się rano do wyjścia w ostatniej chwili sięgnęłam po lakier do włosów, aby utrwalić fryzurę. Dzieciaki już siedziały w samochodzie. Jakże wielkie było moje zdziwienie kiedy wzięty w pośpiechu spray okazał się ....Pianką do golenia mojego męża.:shamed:

Nic nikomu nie mówiąc wytarłam głowę ręcznikiem, a zbyt męski zapach usiłowałam zneutralizować ogroooomną ilością perfum.:bigsmile:

Inne przygody, które pamiętam to np wsypanie do ciasta soli zamiast cukru, przez co babka zyskała specyficzny i niepowtarzalny smak. A z niedawnej uroczystości pierwszokomunijnej pomylenie przeze mnie bukietów dla księdza i katechetki, przez co ksiądz dostał różowe kwiaty

Czy Wam też zdarzają się takie przygody???
«13456717

Komentarz

  • edytowano maj 2014
    Dziś wracając do domu nie poznałam własnej córki wylegującej się na fotelu przed domem.(Na sąsiadkę też mi nie wyglądała. Pomyślałam, że może ktoś w gości przyjechał). I grzecznie powiedziałam :Dzień dobry!
  • Korespondowałam kiedyś z chłopakiem i umówiliśmy się nad morzem. Nie widzieliśmy się wcześniej, nie mieliśmy swoich zdjęć. Miał być na dworcu (mała miejscowość), wczasował się u kobiety z małym dzieckiem. Pora umówiona, powiedział mi, że idzie jeszcze na spacer z tą znajomą. Przyszłam na dworzec i patrzę - przy kasie jest chłopak i kobieta z dzieckiem. Więc śmiało podchodzę pewna, że to on, odprowadza kobietę i potem sobie pogadamy. Zaczęłam go wypytywać i zagadywać. Ona taki był na dystans, ale wiedziałam, że jest nieco nieśmiały, więc nie przejmując się dalej go nagabywałam. Kobiety nie zaczepiałam, bo przecież ona miała zaraz gdzieś jechać. Cóż, bilety zostały przez nich kupione i całą trójka szybko się ulotniła. Zostałam ja... Nie chcę się domyślać, co ta kobieta o mnie myślała....
  • edytowano maj 2014
    @M32 wybacz, ale =))

    E: @AniaD takoż :D
  • Pracowałam kiedyś w miejscu, gdzie kierowniczka paliła papierosy i takież miała znajome. Miałam iść na spotkanie "góry", więc kierowniczka wcisnęła mi całą reklamówkę opakowań po papierosach. Miały być dla znajomej (z innej placówki, ale będącej na tym spotkaniu), która to miała wymienić je na coś tam tego właśnie dnia (jakaś promocja). Obiecałam, że kolejnego dnia rano zaniosę tę reklamówkę i oddam komu trzeba. Pracowałam tam dopiero kilka tygodni, więc chciałam się wykazać jako odpowiedzialna osoba. W swoim mieszkaniu tego wieczora robiłam przemeblowanie i wieszałam sobie antyramy. Został mi po nich styropian, więc włożyłam go ładnie do kilku reklamówek, ale już nie chciało mi się ich wynosić do śmietnika. I następnego dnia rano w pośpiechu zabrałam nie tę reklamówkę, co trzeba. Zorientowałam się dopiero w przychodni, gdzie miałam jeszcze rano zrobić badania. Ubłagałam kobiety, by pozwoliły mi zadzwonić (to nie były czasy komórek). Zgodziły się. Zadzwoniłam do znajomej, wiedząc, że śpi - ale cóż, mój honor i moja "kariera" pracowa są tego warte. Obudziłam ją i wyprosiłam, by pojechała do mnie do domu i wzięła mi reklamówkę z korytarza. Ona zbudziła męża i pojechali do mnie do domu. Przywieźli mi reklamówkę. Szczęśliwa poszłam na spotkanie. Cóż, okazało się, że znajoma zajrzała do reklamówki i widząc puste opakowania zostawiła je, a zabrała dla mnie drugą reklamówkę ze styropianem... Następnego dnia zawiozłam te nieszczęsne opakowania mojej kierowniczce gęsto się tłumacząc. Cóż, nigdy więcej już mi niczego nie powierzyła do wykonania...
  •  Pracowałam w bibliotece osiedlowej. Zadzwonił Pan pytając o jakąś ksiązkę. Szczęśliwie był jeden egzemplarz, więc odłożyłam go dla tego czytelnika. Pan szczęśliwy przybiegł, a tu odłożona książka nie chciała się znaleźć. Na pewno nie dostał jej inny czytelnik, musiała gdzieś leżeć. Pan patrzył jak się miotam szukając, potem jeszcze pomagała mi szukać koleżanka. Cóż, ksiązki nie było. Pan musiał obejść się smakiem i poszedł do domu. Po kilku minutach ksiązka się znalazła - leżała na wierzchu. Jak to było, że nikt jej nie mógł zobaczyć, to nie wiem. Zadzwoniłam do Pana z wyjaśnieniami, ale już do jego przyjścia książkę miałam ciągle na oku.
  • jechałam prosto z pracy do Krakowa,
    pożegnałam się ładnie (bo to przed jakimś dłuższym wolnym było), poszłam na przystanek...
    dobrze, że zanim wsiadłam w tramwaj jadący w stronę pkp zaniepokoiła mnie moja lekkość...
    biegiem wróciłam po plecak... (zdążyłam!);
    do dziś chce mi się śmiać, szczególnie jak sobie przypomnę minę koleżanki, która mi drzwi otworzyła...

    a moja siostra wracała z pracy, zmęczona, w tramwaju ścisk, nie ma się czego chwycić...
    w końcu dorwała jakąś rurę,
    ale rura zaczęła się ruszać, ponieważ pan trzymający ten kij do mopa zaczął się śmiać...
  • Moja przyjaciółka wychodziła za mąż za Słowaka, ja byłam świadkiem. Na kilka dni przed ceremonią całe towarzystwo zjawiło się na Spiszu we wsi, w której mieszkała babcia pana młodego i gdzie miało być wesele.

    Babcia (po słowacku: stara mama) była osobą leciwą, zasadniczą i wielkiej charyzmy. Bardzośmy sobie przypadły do gustu. Ona do mnie zasuwała po słowacku, ja do niej po polsku i całkiem nieźle nam szło. Po paru dniach podłapałam nawet trochę słówek i rozmawiałam z babcią mieszanką polsko-słowacką.

    W dzień wesela zeszłam na dół, babcia krzątała się po kuchni. Wywiązał się następujący dialog:
    -Dobry deń Dorotka, ako sa masz?
    -Welmi dobre, wdziaka, stara mama. Szukam P. (imię pana młodego)

    Tu starsza pani najpierw pobladła, potem zzieleniała a następnie wypadła z kuchni zostawiając mnie w osłupieniu. Dopiero pan młody, który się w międzyczasie znalazł, wyjaśnił mi znaczenie słowackiego czasownika "szukać".










































    (dla niezorientowanych: w dzień wesela radośnie i z uśmiechem zakomunikowałam starszej pani, że (excusez le mot) "rżnę" jej wnuka
  • Wybrałam sie na "butowe zakupy" (info dla Poznaniaków-w nieistniejącym pasazu na św.Marcinie)
    Upatrzyłam sobie takie, jakie chciałam-ale ups...nie można płącic kartą
    Nic to, zapamietałam, ze jest bankomat,poprosiłam panią o odłozenie i idę po pieniadze
    No jest bankomat, nawet dla pewności tuż nad nim wielki napis i strzałka w dół
    podchodzę, o bankomat opart w pozycji niedbałej pan ochroniarz, ale patrzę...na bankomacie jakaś skrzynia...trzymam już  w ręku kartę i pytam zdezorientowana ochroniarza: ooo, nieczynne?
    Pan ochroniarz z flegmą w głosie:.... nieeee...z drugiej strony
    hym...chciałam wypłacić pieniądze od tyłu bankomatu
  • Czechów (Słowaków może też) przyjeżdżających do Polski niepomiernie bawi nazwa Bank Zachodni. A to stąd, że po ichniemu "zachod" to wychodek.
  • Ukrainka, która z nami pracowała, przez jakiś miesiąc dziwiła się, że tak często ma odkurzać dywan...
    Nigdy kanapa nie była tak odkurzona (po ukraińsku dywan-kanapa) :D
  • Mam tyle takich historii, że wątek bym zaspamowała :D.

    Właśnie lejemy z męzem z jednej z sytuacji.


    Kilka lat temu w sieci sklepów Saturn była akcja "łowy na połowy". Akurat mieliśmy przypływ gotówki i nowe mieszkanie do wyposażenie. Obmysliliśmy, co kupić za tę gotówkę, a co za pół ceny ;).


    Wszystko działo się w Bydgoszczy. Podjechaliśmy pod sklep z moim męzem i teściem wcześnie rano. Sklep zamknięty jeszcze. trochę ludzi się kręciło. Obstawiliśmy dwa wejścia. 

    Nagle drzwi się otworzyły i ja zaczynam biec, a w głowie: "Run Forrest, run". 

    Chciałam jak najszybciej dobiec i wybrać interesujące nas rzeczy, a raczej zarezerwowac.

    I tak biegnę i się obracam, patrzę i nie wierzę, niki, NIKT poza mną nie biegnie. 



    ALE SIAAAARAAAA!


  • edytowano maj 2014
    W czasach podstawówki chodziłam na lekcje gry na pianinie do przesympatycznej pani profesor (mamy kontakt do dziś). Był koniec roku szkolnego, moja mama dostała od kogoś perfumy i jakieś inne kosmetyki, dała mi to, abym wręczyła pani profesor jako podziękowanie na zakończenie roku. Nauczycielka wzdragała się przez przyjęciem, mówiąc, że nie trzeba było, że mama niepotrzebnie tyle pieniędzy wydała. Na co ja odpowiedziałam z rozbrajającą szczerością "Ależ nie! Dostała to od koleżanki!".
  • Rety ale fajny wątek - ja też bym mogła cały zaspamować - ale mi @MonikaN przypomniałaś jak ostatnim razem byłam w ciąży, tak muszę zaznaczyć i usprawiedliwić moją chęć na frytki z Maca ;) ... i tak jak zwykle w ciąży gnam na driva po te frytki - wpadam na środek placu, gdzie powinny być alejki kierujące do okienka i nic mnie nie zastanawia, że jakoś ciężko mi się pokonuje, w coś wpadam, coś wali, ludzi pełno - wysiadam, nie widząc gdzie jechać już lekko zniecierpliwiona... okazało się, że wjechałam w środek spawaczy - normalnie remont lokalu- ludzie w maskach, spawy latają w powietrzu, a ja na środku budowy, w ciąży i nawet zdążyłam się zapowietrzyć - dlaczego nie ma frytek... byli bardzo wyrozumiali :D

    ciężko mi się tylko cofało, na budowie to nie jest prosty manewr ;)
  • edytowano maj 2014
    Warto, ah warto było tu wpaść :))

    Ja jestem znana z przypałow, ale jak na złosc żadnego teraz nie pamietam ;)
  • edytowano maj 2014
    @agga jesteś moim fanem :D


  • Przychodzę kiedyś do pracy, łapie mnie moja dyrektorka i zaczyna mi coś tłumaczyć. Słucham, ale mam wrażenie, że mnie z kimś pomyliła, że komuś innemu powinna to mówić i nieśmiało jej o tym mówię. Co się okazuje - ona odnosi się do mojego smsa..., którego wysłałam do niej w nocy przez sen - telefon mam blisko ze względu na budzik. Normalnie zadrżałam...
  • edytowano maj 2014
    ja dziś poszłam na trening karate - dwa były pod rząd - wpadam do szatni lekko spóźniona między jakieś młodociane siatkarki i odkrywam (stojąc bez dolnej części garderoby), że zapomniałam spodni od karategi. No to miałam do wyboru: ćwiczyć w dżinsach, bez spodni albo zdobyć coś na zad.
    Ubrałam się zatem pod zdziwionymi spojrzeniami owych siatkarek i pognałam do pobliskiego kiosku z bielizną, gdzie odkryłam, że mają tylko pidżamy.
    Pognałam zatem dalej wiedząc, że przystanek dalej jest jakiś pasaż handlowy. I chciałam sobie podjechać. Wsiadłam w autobus - pierwszy, który podjechał - i znalazłam się po drugiej stronie rzeki, gdyż autobus okazał się ekspresem. Grrr!
    Jedyny sklep w zasięgu 10 min od przystanku to był tylko jakiś ciucheks, a jedyne dresy jakie były, sporządzone zostały z mega ciepłej bawełny. Grube jak na zimę, ciężkie, puchate niemal.
    Do tego bluzka z jakimś świecącym nadrukiem.

    Z dresikami wróciłam na trening gdzie wszyscy patrzyli na mnie jak na idiotkę. :D

    Edit: Do dresu powinni dołączać ręcznik frotte do przecierania potu z twarzy.


  • Ja wczoraj wieczorem usiadłam do szycia.
    Do koronkowej chusty mam doszyć gipiurę. Koronka z tych nieoczywistych, za cholerę nie widać, gdzie prawa a gdzie lewa strona. Chwilę poprzymierzałam, jest. Przyszyłam ponad połowę i nagle ze zdziwieniem zauważyłam, że to jednak lewa strona... No nic, odpruwam (drobny zygzaczek, czarna koronka, a ja ślepa - nawet lampka nocna niewiele pomaga). Odprułam, godzina nie moja. Przymierzyłam od nowa, przypięłam szpilką, żeby się znów nie pomylić. Jest ok. Trzy razy sprawdziłam, czy to prawa strona. Prawa jak byk. Szyję.
    Przyszyłam ponad połowę i coś mnie nagle tknęło...


    Przyszyłam gipiurę na lewą stronę.
    8->
  • Uwielbiam takie wątki.
    Pracowałam w miejscu, gdzie przychodziło ogrom ludzi, dziennie tak ok. 200-400 do obsłużenia. Dyżury były więc bardzo męczące. Któregoś dnia, zmęczona odpowiedziami na pytania i obsługą ludzi zorientowałam się, że na grzeczne "Dzień dobry" wchodzących odpowiadam nieświadomie, choć równie uprzejmie :"Do widzenia".
  • Jako chyba 18-latka odwiedziłam sama ciotkę w Lublinie. Wiedziałam, że u ciotki mieszkał wówczas brat jej zięcia, którego nie znałam. Było rano. Dzwonię do drzwi mieszkania, bo na klatkę były otwarte. Otwiera mi młody chłopak w samych slipkach z ręcznikiem w ręku. Ja radośnie wołam cześć! i ładuję się do mieszkania. Pytam, gdzie ciotka, a chłopak stoi przerażony i nic. To ja dalej: ale sobie ciotka fajny remont zrobiła! Chodzę po mnieszkaniu jak u siebie i zaglądam w każdą dziurę. Wreszcie chłopak spokojnie wytłumaczył mi, że to jest jego mieszkanie, nie żadnej mojej ciotki. Wkurzona wyszłam przed blok, myśląc, że ten chłopak to jakiś idiota. I wtedy zobaczyłam: na bloku widnieje numer 12, a moja ciotka mieszka w 11  =))

    Mieszkanie się zgadzało, chłopak młody też, rozkład mieszkania identyczny, tylko ten nieszczęsny numer bloku :-SS 
    =))
  • Znajoma rodziców w latach 80-tych była z koleżanką na zakupach niedaleko domu tej drugiej. Nagle poczuła, że musi natychmiast skorzystać z toalety. Koleżanka miała coś jeszcze do załatwienia, więc dala jej klucz do swojego mieszkania (na dużym wrocławskim osiedlu). Tamta pognała, otworzyła drzwi, wpadka do kibelka, usiadła, odetchnęła z ulgą i zamarła. To nie był kibelek znajomej. Na szczęście w mieszkaniu nie było wlascicieli. Już nie pamietam, czy pomyliła bloki, czy klatki, czy piętra. W każdym razie okazali się wtedy, że niektóre klucze są uniwersalne.
  • edytowano maj 2014
    Prawie zerwałyśmy z koleżanką dialog ekumeniczny z prawosławiem. Miałyśmy zaprosić na kulowski kongres "Filareta". Poguglałyśmy, znalazłyśmy patriarchę Filareta, wysłałyśmy uprzejmy list z zaproszeniem, taki standardowy.
    Okazało się, że miałyśmy zaprosić metropolitę Filareta. Khrm. To prawie tak, jakbyśmy napisały (wtedy) do Watykanu z luźną propozycją "Lolek, przybywaj", zamiast do lokalnego biskupa.
    Najlepsze, że patriarcha sie zgodził, podniosłyśmy rangę imprezy o parę stopni. Ostatecznie przysłał sekretarza, bo zachorował, ale i tak.
    Po raz pierwszy i ostatni widziałam wtedy prorektora używającego słów niecenzuralnych :)
  • Od dzieciństwa miałam zadatki na człowieka-katastrofę ;)
    Kiedyś (pewnie z 10 lat miałam) uszyłam lalce wdzianko, bardzo porządne, obrębione jakimś haftem nawet, z guzikami itp.
    Najpierw "kupiłam" je w "sklepie", a potem, już "w domu" ubieram lalkę w nowy kubraczek i komentuję na głos dostrzegając w pewnym momencie dziurę:
    - O, co za skandal, nowe ubranie i od razu dziurawe!
    Wzięłam igłę, nitkę i wśród podobnych utyskiwań zaszyłam dziurę.

    Zaraz potem, ubierając lalkę na powrót zobaczyłam, że zaszyłam dziurkę do guzika.
    Pamiętam to zalewające mnie uczucie, że cała akcja to kompletny idiotyzm ;).
    k.
  • @AnkaAso, numer z ciotka nie do przebicia!
    =))
  • Nauczkę mam na całe życie - po dziesięć razy sprawdzam numery bloków i mieszkań  :)
  • edytowano maj 2014
    Na studiach pojechałam na egzamin, który miał być od. godz. 14 w sali X. Pociąg dość znacznie się opóźnił ale dotarłam. Nie zdziwiłam się, że przed salą pusto, pukam i wchodzę. Siedzi wykładowca innego przedmiotu ale co tam. Widać doktor M. nie mógł i jest  zastępstwo. Mówię, że miałam się dzisiaj zgłosić na egzamin, daję indeks. Profesor K. popatrzył trochę nieprzytomnie, zapytał, z której grupy jestem i zaczął zadawać pytania. Trochę mnie ten zakres dziwił bo jakoś bardzo mocno zaplatał się z przedmiotem wykładanym przez profesora ale... co tam jakoś wybrnęłam. Dostałam nawet 4. Wracam do domu i zorientowałam się, że jest nie 15 a 14 czerwca a ja zdałam właśnie egzamin, który miałam mieć pierwotnie na koniec sesji.
  • Na wycieczce z koleżankami w Tatry zeszłyśmy w Dolinę Strążyską, tam, przy bacówce miałyśmy popas. To był rok, gdzie strasznie skoczyły ceny w schroniskach i generalnie żywiłyśmy się skromnie. Został nam skądś jakiś super-pyszny serek, który zachomikowałyśmy na koniec wyprawy. Ta chwila właśnie nadeszła. Trzeba ją było upamiętnić. Zobaczyłam, że na odszorowanych do białości deskach szałasu jest kartka typu "nie pisać po ścianach", ale, że otwarte okiennice są całe w różnych wyzwaniach. Pomyślałam, że to taka tablica do uwiecznienia no i śmiało wyciągnęłam pisak i radośnie wypisałam coś w stylu "Serek Ostrowia jest najpyszniejszy na świecie". Zaraz potem przyszedł wielki góral z wiadrem, mydłem i szczotą i zagonił mnie do pokazowej roboty. Bo napis oczywiście odnosił się do całości.
    Jak wyszorowałam, zapytałam koleżanek, dlaczego mnie nie powstrzymały od czynu chuligańskiego, skoro odczytały napis właściwie. A one, że były pewne, że się wygłupiam (jak zwykle).
    A góral to się śmiał, jak mu potem tłumaczyłam - i nawet mnie przepraszał, ale że musiał "pokazówkę" urządzić. 
  • @Marcelina, szepraszam, ale KOGO przysłał?!?! Bo sama anegdotka smakowita i rżę, ale ta literówka... 
Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.