Koń by się uśmiał :-)

edytowano maj 2014 w Ogólna


Rodzice polskich gimnazjalistów i licealistów mają jeden cel - dobrze wykształcić dziecko. Inwestują w to bez mrugnięcia większość pieniędzy, które zostają po zaspokojeniu podstawowych potrzeb rodziny. Następne w rankingu wydatków są pasje nastolatków. Rodzice nie mają też problemu z wydaniem kilku tysięcy na aparat i kolejnych kilku na leczenie u ortodonty - wygląda na to, że polski rodzic potrafi niemal przestać jeść, byle tylko jego dziecko miało proste zęby.

Dorosłym najtrudniej jest rozstawać się z pieniędzmi, gdy nastolatki wybierają trampki Converse'a za 260 zł zamiast tych z CCC za 50 zł.

Moi rozmówcy mają między 40 a 50 lat, pochodzą z różnych miast, są zamożni albo obarczeni morderczym kredytem, po przejściach, na fali wznoszącej, prowadzą dostanie mieszczańskie życie albo ciułają na garnuszku pomocy społecznej. Właściwie każdy wydaje na dzieci tyle, ile może.

Smutek pustej lodówki. Marysia z Gdańska - 24 tys. zł rocznie

Marysię zasmuca (nie wkurza - podkreśla kilkakrotnie - ale zasmuca) pusta lodówka. Dobrze, gdy każda półka jest zapełniona. Dlaczego? Bo Marysia uwielbia jeść. Ma osiemnaście lat i właśnie zdaje maturę. Lubi, jak w domu jest i słone, i słodkie. Obowiązkowy jest śmietankowy serek do smarowania. Marysia masła nie jada, za to nie ma problemu, żeby czekoladę z toffi zagryzać nachosami. Zupka chińska i ciastka też dają radę.

W domu takie menu nie zdarza się za często - rodzice są przeciwko zupkom chińskim i nachosom. Zamiast tego gotują Marysi to, co lubi. Mama: barszcz ukraiński, cannelloni, ogórkową; tata - chili con carne i burritos.

Miesięcznie Marysia przejada 500 zł. Z dymem puszcza kolejne 250 zł. Rodzice wiedzą o papierosach i średnio raz w tygodniu apelują o rzucenie - nic to nie daje. Nałóg przykleił się do Marysi pod koniec gimnazjum i trzyma się jej z wielką siłą. Córka obiecuje, że rzuci fajki w tym roku, po maturze, bo na razie stres jest zbyt silny - zdaje rozszerzoną chemię i biologię.

Marysia chodzi do społecznego liceum (rodzice płacą 650 złotych czesnego), nie bierze korków - gdy uczniowie proszą, szkoła pomaga. Z kilkoma koleżankami chodzi na lekcje biologii razem z pierwszą i drugą klasą, by utrwalić materiał; nauczycielka raz w tygodniu zostaje z nimi po lekcjach. Do chemii uczy się sama. W listopadzie chodziła na korki do świetnej korepetytorki (rodzice płacili 150 zł za półtorej godziny). Ale rozstały się, gdy Marysia odmówiła napisania sprawdzianu. "Może za rok dostanie się na studia - powiedziała na koniec rodzicom korepetytorka - ale na razie nie chce jej się uczyć". Rodzice zapłacili za cztery spotkania 600 zł.

Co miesiąc Marysi trzeba kupić bilet miesięczny - 46 zł. Każdego dnia dostaje 5 zł na napój i Magiczne Gwiazdki Toffi - przebój spożywczaka nieopodal szkoły. Licealiści nie mają sklepiku - szkoła mieści się na piętrze starej kamienicy - ale za to jest "domowa" kuchnia, z której mogą korzystać. Marysia z niej nie korzysta, ale czasami w drodze do domu wyskakuje na "maczka" albo "granderka" (kanapki w McDonald's i KFC) za około 10 zł.

Szkoła, dojazdy i przekąski kosztują rodziców 850 zł miesięcznie. Do tego dochodzi kino (bez naczosów film nie smakuje), wyjście do pubu ze znajomymi - 50 do 100 zł. Czasami kara za brak ważnego biletu - Marysia zapomni, że bilet do SKM-ki trzeba kupić osobno, albo zamiast za luty nabije bilet na marzec; zdarza się, że kupi tylko na dni robocze, a jadąc w sobotę, zapomni skasować. Generalnie raz na dwa, trzy miesiące trzeba zapłacić mandat 180 zł.

Marysia lubi porządne ciuchy, ale na szczęście nie kolekcjonuje metek. Często kupuje na wyprzedażach, przez internet, w outletach czy lumpeksach. Na zimę konieczna była ciepła kurtka - 320 zł, kozaki - 250 zł (normalnie kosztowały co najmniej 400 zł), czapka - 50 zł, rękawiczki - 30 zł.

Z wiosną przyszła pora na nowe buty - Marysia ma płaskostopie, ale uważa, że musi chodzić na obcasach (jest niewysoka), więc buty muszą być wygodne - minimum 300 zł. Przy okazji zawsze okazuje się, że potrzebny jest jakiś podkoszulek, nowe spodnie, skarpety, stanik - każdego miesiąca te potrzeby kradną co najmniej 150 zł.

Marysia wie, że nad rodzicami wisi kredyt we frankach, więc o ciuchy się nie awanturuje. Gdy słyszy, że na razie nie ma kasy, czeka.

Ale ciuchy to nie wszystko - nastolatka musi dbać o urodę. Kremy, podkład, cienie, mascara, szampon powiększający objętość włosów - ucieka na to kolejna stówa miesięcznie. Gdy Marysi psuje się cera, trzeba kupić specjalny krem przepisany przez dermatologa. Można go dostać tylko w aptece - minimum 58 zł. Fryzjer - raz na dwa miesiące 80 złotych, po każdym strzyżeniu grzywkę można pięć razy podciąć za darmo.

Niedawno okazało się, że Marysia powinna jednak nosić aparat ortodontyczny. Pierwsza wizyta kosztowała 180 zł, kolejna - 140 zł. W sumie będzie to kilka tysięcy za sam aparat i drugie tyle za wizyty.

Na ferie w tym roku nie wyjechała, ale trzeba było jej kupić zbiory zadań do matury - 300 zł. Do tego doszły modne wśród maturzystów tabletki piracetam, które pobudzają pracę mózgu - miesiąc pobudzenia to 30 zł.

Miesiąc letnich wakacji Marysi kosztuje średnio 2500 zł.

Marysia kosztuje więc rodziców co najmniej 2000 zł miesięcznie - rocznie muszą wydać na nią 24 tys. zł. Przyjmując, że wydatki od początku gimnazjum były podobne - szkoła kosztowała ich 144 tys. zł, w tym jedzenie - 42 tys. zł, nauka (szkoła, korki, książki) - 50 tys. zł.

Wszystko przez saksofon. Karol z Warszawy - 36 tys. rocznie

Karol, przyjaciel Marysi z dzieciństwa, przeniósł się z mamą do Warszawy. Kończy właśnie liceum plastyczne. Wychowuje go mama, redaktorka w czasopiśmie dla kobiet. Ojciec lekarz założył nową rodzinę i płaci na Karola miesięcznie 500 zł alimentów.

Karol jest uczulony na gluten i krowie białko, więc mama musi się nagimnastykować, żeby syn nie chodził głodny. Piecze bezglutenowy chleb. Mleko, sery, jogurty - kupuje kozie albo sojowe. Dlatego na jedzenie muszą wydawać więcej pieniędzy. Zresztą w Warszawie jest po prostu drogo. Karol przejada 1000 zł, jest wielki, rośnie i ma wielki apetyt. Ale przecież dziecko nie może chodzić głodne - mówi jego mama.

Do tego dochodzi komórka - 80 zł miesięcznie. Karol chciał fajny aparat, więc abonament jest wysoki. Należał mu się, bo poprzedni to był siemens z klapką. Bilet na komunikację miejską to 125 zł co trzy miesiące.

Magda wyliczyła, że miesięcznie na syna wydaje około trzech tysięcy złotych. Sporo idzie na farby, książki, korki z matematyki (60 zł za godzinę nauki u studenta politechniki, który dobrze tłumaczy), ale najwięcej kosztuje ją pasja syna - Karol gra na saksofonie. Zbiórkę na wymarzony instrument zrobili na Facebooku, ale każdy koncert to 90 zł. Tyle kosztują stroiki, które zużywa, grając - w koszu lądują trzy sztuki, każda po 30 zł.

Karol na razie gra "za piwo". Na początku musiał też płacić za naukę gry, żeby wiedzieć, jak oddychać czy dmuchać (około 100 zł za lekcję).

Na szczęście Magda nie musi wydawać bardzo dużo na ciuchy - Karol, przystojny dryblas, wkłada na siebie, co popadnie. Co kilka miesięcy trzeba kupić mu buty, jakieś koszulki, spodnie. Co pół roku kurtkę.

Ale niedawno, gdy wracał wieczorem z kolegami z koncertu, zostali zaatakowani przez kiboli. Karol miał wstrząs mózgu, tomografia zaniepokoiła lekarzy - Magda wydała 800 zł na dalsze badania i specjalistów, żeby przekonać się, że synowi nic nie grozi. Była szczęśliwa - w takich sytuacjach nikt się nie zastanawia, czy warto było, czy nie.

Roczne utrzymanie Karola pochłania 36 tys. złotych. Sześć lat szkoły średniej to 216 tys. zł. W tym jedzenie - 72 tys. zł, granie na saksofonie - 30-40 tys. zł.

Wakacje stopem, ale do Hiszpanii. Maciek z Torunia - 14,5 tys. na rok

Maciek, uczeń drugiej klasy liceum językowego. Mieszka w Toruniu. Śniadania nie je, pije kawę z czterema łyżeczkami cukru. Pierwszy obiad, tani, za 5 zł, je w szkole. Gdy wraca, w domu zjada drugi - półtorej porcji dorosłego faceta. Jak zdarzy się, że mama nic nie ugotowała, zadowala się trzema zupkami chińskimi zagryzionymi kilkoma bułkami.

Na ciuchy dużo nie potrzebuje. Na wiosnę: nowe buty, kurtka, bielizna, skarpety, kilka bluz i koszulek - można uznać, że miesięcznie rodzice wydają na to 100 zł. Tyle samo kosztuje doładowanie komórki. Na kosmetyki: szampon, krem przeciw pryszczom, dezodorant, idzie 60 zł. Teraz korki - angielski 200 zł miesięcznie i 200 zł matematyka. Do tego dochodzą bilety na autobus; Maciek mieszka za miastem - kolejne 30 zł miesięcznie.

Co dwa lata dostaje nowy rower (albo mu stary ukradną, albo się rozpadnie). Ma trzy gitary: dwie akustyczne, jedną elektryczną - z kolegami z klasy założyli zespół, grają ciężkiego rocka. Zimą jeździ z rodzicami na narty do Czech albo na Słowację, latem - pod namiot z kolegami. W zeszłe wakacje pojechali na miesiąc stopem do Hiszpanii. Dostał na to od rodziców 500 euro.

Na fajki - pali paczkę na dwa dni - wydaje z kieszonkowego (30 zł tygodniowo) i z pieniędzy, które dostaje od dziadków. Maciek ma dwóch młodszych braci.

Rodzice - komornik i urzędniczka - oszacowali, że syn kosztuje ich co najmniej 1200 złotych miesięcznie, rocznie - 14 tys. 400 zł, a sześć lat szkoły średniej wyniesie ich 86 tys. 400 zł (w tym jedzenie - 40 tys., wydatki na naukę - 36 tys.).

Je jak koń. Janek z Krakowa - 18 tys.

Janek uczy się w klasie maturalnej. Ma 192 cm wzrostu. Jego mama mówi, że je jak koń. Przejada 700 zł, kolejne 650 zł pochłaniają korki - matematyki nie cierpi i nie rozumie. Może ma akalkulię albo nerwicę matematyczną, ale maturę zdać musi. Rodziców (nauczycielkę polskiego i pracownika naukowego UJ) przekonano, że korki trzy razy w tygodniu (po 50 zł) załatwią mu promocję do kolejnych klas i zdaną na 30 proc. maturę.

Janek na szczęście niespecjalnie lubi się stroić. Koszula, dżinsy, buty - mają być wygodne, więc rodzice nie wydają za dużo na ubrania i kosmetyki: góra 100 złotych miesięcznie. Pali, więc kieszonkowe - 200 złotych - idzie właściwie tylko na papierosy i kino. Jednego mu nie żałują: kupują mu każdą książkę, o którą poprosi, a Janek lubi czytać. Jego pasją jest historia sztuki. Gdy w Wiedniu jest jakaś superwystawa, wsiadają w samochód i jadą.

Janek jest jedynakiem. Rodzice wydają na niego 1800 zł miesięcznie. Rocznie - 21 tys. 600 zł, szkoła średnia to - 129 tys. 600 zł (w tym jedzenie - 50,4 tys., nauka - 48 tys. zł).

Tyle co nic. Ola z Kaszub - 3,6 tys. zł

Ola, uczennica I kl. liceum, kosztuje rodziców tyle co nic - bo tyle musi. Obydwoje nie pracują, a Ola ma jeszcze młodszego brata, gimnazjalistę. Mieszkają na Kaszubach, w wiosce niedaleko Kartuz. Rodzice niedługo po ślubie wynajęli tam pokój (20 m kw.) i żyją w nim do dziś. Wchodzi się do nich z dworu, a mały korytarzyk - dwa na dwa metry - przerobili lata temu na kuchnię i ubikację. Nie mają łazienki, więc myją się w misce lub chodzą wykąpać się do rodziny. Tata pracował całe życie na budowach na umowę-zlecenie. Gdy poważnie się rozchorował, zwolniono go z pracy. Mama jest na rencie - cała rodzina żyje za 800 zł miesięcznie. Pomaga im rodzina, znajomi, czasami rodzice coś dorobią na czarno. Żyją z przecen, rabatów i resztek, które dostają w sklepach za półdarmo. Ola codziennie dojeżdża PKS-em do liceum w Kartuzach. Tak jak brat dostaje z pomocy społecznej talony na książki oraz darmowe obiady w szkole.

W każde wakacje pracuje - sprząta w ośrodku nad jeziorem. Czasami ma z tego nawet 500 złotych. Połowę daje wtedy rodzicom, za resztę kupuje sobie jakieś ciuchy i buty. Część pieniędzy odkłada na później. Na wakacje nie jeździ, do kina nie chodzi.

Rodzice wydają na nią może 300 zł miesięcznie. Rocznie to 3600 zł, przez sześć lat szkoły średniej - 21,6 tys. zł (w tym jedzenie - 10 tys., szkoła - 3,6 tys. zł).

Chodzi o napis na piętach. Hela z Poznania - co roku 24 tys. zł

Hela ma 17 lat. Jest w II klasie liceum. Rodzice Heli kilka lat temu się rozwiedli. Wcześniej Hela mieszkała w zamożnej miejscowości pod Poznaniem i chodziła do społecznej szkoły. Mimo że jej rodzice nie byli biedni, wyniosła potężne kompleksy finansowe i przekonanie, że w życiu przede wszystkim należy mieć pieniądze. Teraz w nowym, już państwowym liceum Hela chce ubierać się tak jak najlepiej ubrane koleżanki - markowe ciuchy, torebki najlepiej od jakiegoś modnego polskiego projektanta, a jak z sieciówki, to może być Gabor. Kłócą się o to z mamą, która uważa, że to szaleństwo, aby tyle wydawać na ciuchy. Tym bardziej że sama kupuje głównie na wyprzedażach, a ubraniami często wymienia się z koleżankami. Kilka lat temu mamę najbardziej wściekało kupowanie trampek typu Converse, które kosztują grubo ponad 200 zł, a po kilku miesiącach mają dziury na palcach i odklejającą się podeszwę. Twierdziła, że można kupić prawie identyczne buty na bazarze za 25 zł lub w CCC za 50 zł. Ale "prawie" robi Heli wielką różnicę - inne trampki nie mają odpowiedniego napisu na piętach. A przecież o napis chodzi. Teraz mama nie robi już awantur o buty, daje pieniądze na markowe, o ile Hela będzie w nich chodzić co najmniej przez cały rok.

Hela na wiosnę potrzebowała nowych spodni, kurtki, bluzek i sweterka - razem 505 zł. Okulary słoneczne ("tylko z H&M") to kolejne 50 zł.

Hela przejada w domu 300-400 zł miesięcznie (do tego dochodzi woda, prąd, ogrzewanie - około 30 zł), dostaje też co miesiąc stówę kieszonkowego plus 15 zł dziennie na jedzenie w szkole. Mama podejrzewa, że Hela wydaje tę sumę na kawę z koleżankami w Starbucksie albo innej modnej sieciówce. W najlepszym razie kupuje tosta lub chipsy w szkolnym bufecie. Kanapek do szkoły nie pozwala sobie robić. W kwietniu te "obiady" pochłonęły 180 zł.

Hela ma w klasie rozszerzoną matematykę. Mówi, że nauczycielka straszy uczniów, a nastolatka źle znosi stres i blokuje się podczas odpowiedzi. Chodzi więc na korki (w kwietniu: 580 zł). Na komitet rodzicielski mama płaci miesięcznie 50 zł.

Hela uwielbia konie. Jej marzeniem jest własny wierzchowiec, ale o tym na razie nie ma mowy. Mama tylko w kwietniu wydała 520 zł na jazdy (godzina to 65 zł). Trzeba było kupić też nastolatce nowe bryczesy i sztylpy - razem 396 zł. Hela wydzwoniła 35 zł, a na bilet do kina razem z popcornem poszło 40 zł. Hela nosi aparat ortodontyczny, więc co jakiś czas musi chodzić podkręcać druty - każda wizyta kosztuje. Minimum 80 zł. W kwietniu Hela kosztowała łącznie aż 2831 zł.

W lutym były ferie. Na obóz konny poszło 975 zł, a za 300 zł trzeba było kupić kurtkę jeździecką i sprzęt do jazdy. Trochę mniej kosztowało domowe jedzenie i korepetycje. Luty pochłonął 1925 zł.

Styczeń był dość spokojny i zamknął się sumą 1525 zł. Jedynymi ekstrawagancjami były płaszcz i szalik za 200 zł, lodowisko za 30 zł, kosmiczny rachunek za telefon - 100 zł, karnet na siłownię - 40 zł i kredka do oczu - 25 zł.

Rocznie na Helę mama wydaje 24 tys. zł. Przez szkołę średnią córka będzie ją kosztować 144 tys. zł (w tym jedzenie - 28,8 tys. zł, szkoła - 50 tys. zł).

Życie po przecenie. Zuzia z Torunia - 8,4 tys. zł co roku

Zuzia ma pecha: rodzice się rozwiedli. Tata najpierw się rozpił i narobił długów, potem zniknął gdzieś za granicą. Z tygodnia na tydzień życie Zuzi, która codziennie mogła jeść u Chińczyka albo chodzić z koleżankami do Maca i kupować ciuchy w dobrych sieciówkach - zmieniło się w życie kloszarda. Tak właśnie krzyczała do mamy, gdy się kłóciły - na początku prawie codziennie. Po rozwodzie mama była w depresji. Najpierw zajmowała się sobą, a one - Zuzia ma o 2 lata młodszą siostrę - mieszkały u jej przyjaciół. Potem mama zakochała się i też nie miała dla nich czasu. Później, ponieważ jest z wykształcenia psychologiem, została trenerką. Jeździła po Polsce i całe tygodnie szkoliła kolejarzy.

Zuzia i jej siostra książki do szkoły kupują wyłącznie używane, ciuchy w lumpeksie. Zuzia mówi, że całe życie jest po przecenie. Nie tylko pierwszej, ale czasami drugiej i trzeciej. Na ciuchy co miesiąc każda z nich wydaje 50 zł, bilet miesięczny to 30 zł, dostają po 100 zł kieszonkowego, ale musi im wystarczyć na wszystko. Nie ma szans, żeby wyciągnąć od mamy dodatkowe pieniądze na kino. Książki wypożyczają z biblioteki szkolnej i raz do roku jeżdżą na obóz konny w małym gospodarstwie w Borach Tucholskich - koszt to 700 zł za dwa tygodnie.

Na jedzenie mama wydaje około 1000 zł. Na każdą z córek wypada po 300 zł. Jeśli mamy nie ma w domu, muszą sobie gotować same, bo obiad w szkole (po 6 zł na długiej przerwie między 12 a 13) wystarcza im na kilka godzin. Często chodzą jeść obiady do babci i dziadka, a gdy idą po szkole do koleżanek, ich rodzice też nigdy nie wypuszczają ich głodnych. Dziewczynki nauczyły się trochę żyć "na sępa".

Każda z córek kosztuje mamę ok. 700 zł miesięcznie, wliczając w to koszty wody, ogrzewania i utrzymania domu. Rocznie daje to 8,4 tys. zł. Szkoła średnia pochłonie 50,4 tys. zł (w tym jedzenie - 21,6 tys., szkoła - 8 tys. zł).

Dyslektyk, czyli gimnazjum społeczne. Maks z Wrocławia - 26 tys. rocznie

Maks jest uczniem trzeciej klasy gimnazjum. Jak właściwie każdy nastolatek uwielbia gry komputerowe. Wystarcza mu to za inne bardziej kosztowne hobby. Maks chodzi za to do prywatnego gimnazjum, bo ma dysleksję i nikomu w państwowej szkole nie chciałoby się pochylać nad chłopcem, który czasami nie potrafi napisać najprostszego zdania. Maks nie ma specjalnych wymagań co do ubrań. Dostaje je dwa razy w roku: zestaw zimowy i letni. Ale szybko rośnie, więc nie ma szans na noszenie ubrań z zeszłej zimy. Ubrania syna kosztują rodziców co miesiąc około 100 zł. Szkoła to 840 zł przez 10 miesięcy w roku. 270 zł idzie na dodatkową naukę angielskiego. Maks chodzi też na korepetycje z matematyki, bo nawet w prywatnej szkole nauczycielka nie może poświęcić mu aż tyle czasu, ile chłopiec potrzebuje. Na korki miesięcznie idzie 320 zł. Maks jeździ latem na obozy żeglarskie, a zimą - na narciarskie (po 2 tys. zł za obóz). Ma chomika. Jedzenie dla niego kosztuje ok. 25 zł miesięcznie. Razem 1755 zł. Do tego dochodzi to, co Maks zjada w domu (400 zł), udział w mediach (30 zł) i 100 zł kieszonkowego. W kwietniu utrzymanie chłopca pochłonęło 2285 zł.

W lutym, przed wyjazdem na zimowisko, potrzebna była odzież sportowa za 372 zł (buty narciarskie, kijki i gogle za 738 zł Maks dostał na Gwiazdkę w ramach prezentu), podręcznik za 40 zł. Maks zaczął interesować się swoim wyglądem i prosi, by zabierać go do dobrego fryzjera. Lutowe strzyżenie w sieciowym salonie to 58 zł. Łącznie w lutym Maks kosztował 2330 zł.

Rocznie rodzice wydają na niego ok. 26 tys. zł, przez sześć lat nauki będzie to 156 tys. zł (w tym jedzenie - 28,8 tys., szkoła - 85,8 tys. zł).

Patrycja z Gdańska - 56,4 tys. zł rocznie

Patrycja ma bardzo zamożnych rodziców. Ojciec jest właścicielem kilku dużych przychodni zdrowia, mama - znanym lekarzem dermatologiem. Pati to jedynaczka, chodzi do bardzo dobrego gimnazjum (czesne wynosi 950 zł), ma swojego konia - utrzymanie i lekcje z trenerką kosztują 2000 zł miesięcznie, do tego dwa razy w tygodniu uczy się w Sopocie z instruktorem pływania na desce (rodzice płacą za to 200 zł). Patrycja ma też karnet do klubu fitness (190 zł), gdzie chodzi na taniec jazzowy, czasami na zumbę i pilates - jest wysoka, więc powinna wzmacniać mięśnie trzymające kręgosłup.

Na jedzenie rodzina wydaje co najmniej 1000 zł na każdego członka rodziny.

Zimą jeżdżą na narty w Alpach, latem - do egzotycznych krajów. Czasami ze znajomymi rodziców i ich dziećmi lecą na zakupy do Dubaju. Patrycja była raz z mamą w Paryżu. Zwiedzały i robiły zakupy, bo był okres przecen. Mama z przyjaciółkami jeździ czasami do Mediolanu, ale Pati jeszcze tam nie zabrała.

Patrycja żałuje, bo - tak jak mama - lubi dobrze wyglądać i ubrać się stylowo. Miesięcznie rodzice wydają co najmniej 700 zł na jej ubrania i kosmetyki. Dostaje 200 zł kieszonkowego na drobne wydatki. Jeśli idzie z koleżankami do kina, dostaje za każdym razem 50 zł. Dobrze się uczy, zamierza tak jak rodzice zostać lekarzem albo może biochemikiem. Chce studiować za granicą, więc wybierze liceum, w którym można zdać międzynarodową maturę.

Miesięcznie utrzymanie córki kosztuje (jeśli wliczyć utrzymanie konia, wakacje i ferie) 4700 zł. Rocznie rodzice wydają na nią 56 tys. 400 zł. Przez sześć lat nauki uzbiera się 338,4 tys. zł (w tym jedzenie - 72 tys. zł, szkoła - 80 tys. zł).

Ile to kosztuje?

Opisani przeze mnie gimnazjaliści i licealiści kosztowali rodziców od 3,6 tys. do 56,4 tys. zł rocznie.

Zakładając, że wydatki w obu rodzajach szkół są podobne - sześcioletnia nauka w szkołach średnich może kosztować od 21,6 do 338,4 tys. zł.


Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,87648,15912698,Nasze_drogie_nastolatki__21_tys__czy_338_tys__zl__.html#ixzz3123o5whN
«1

Komentarz

  • Wyprzedziles mnie, tez mialam zalinkowac. Chyba najbardziej rozbroily mnie pieniadze na papierosy... jeszcze niech im na prochy dadza i na piwko...
  • Na piwko chyba jest w budżecie, bo po co innego do pubu?
  • i na trawkę ale to już im Palikot załatwi zapewne po wyborach. Ech, te   atrykuły niektórych dziennikarzy z Wyborczej,  te uogólnienia... opisują wycinek rzeczywistości jako całe spektrum. Klapki na oczach, jak u koni.
  • ale przyznam że jeden kolo jest spoko. Bo ma chomika i wydaje na niego tylko 25 zł miesięcznie. Nie tam jakieś bezwłose koty czy inne pierdolety.
    Podziękowali 1Katia
  • edytowano maj 2014
    A co Pray, nie dajesz dzieciom na papierosy? To sie wstydz, trzeba zaspokajac potrzeby mlodych:) jeszcze powinna byc kasa na prezerwatywy i pornole. Mnie tez zadziwil model zywienia owych dzieciakow - ja w ich wieku na pewno nie zaczynalam dnia od kawy...i nie jechalam potem na zupkach chinskich. jestem pewna, ze i w obecnych czasach nie jest to raczej norma...

  • Pytanie za 100 punktów: skąd Ci rodzice mają tyle kasy? Chętnie się dowiem jak tyle zarobić. Abym mógł wreszcie znów wydawać na książki, bo to mój nałóg numer jeden, od lat.
    Podziękowali 1Katia
  • @draconessa w ich wieku to byłem uzależniony od mleka w proszku albo skondesowanego z tubki. Tylko rzadko bywało.
  • Jak mają niech wydają, co sobie będą żałować
    tylko potem biorą się historie ile to tysięcy kosztuje wychowanie dziecka

  • no i jeszcze jedno uzależnienie z czasów młodości pamiętam: kwaśne landrynki, sprzedawane i kupowane na kilogramy
  • @Gregorius Mleko z tubki bylo pyyyyyszne!!!! Ale faktycznie rzadko bywalo.:( A fast-foodowym szczytem szalenstw byly zapiekanki...najlepsze byly na ulicy Grodzkiej w Krakowie. A w Warszawie byly , zdaje sie, ze w Murzynku na Starym Miescie gofry ala pizza:) Mniam... papierosy , przynajmniej u mnie w klasie, byly szczytem zgrozy i z dziewczyn chyba tylko jedna palila...
  • Landrynki taaak!!! Potem sie sklejaly....i panska skorka - mordoklej straszliwy:)
  • E tam nie jadłaś słynnych zapiekanek na Teatralce w Poznaniu (w tamtych czasach, bo dziś nadal tam są, ale nie takie dobre)
  • Dla mnie szczytem fastfoodowych spełnień było, gdy w podstawówce czasem dziadek zabierał mnie do budy z frytkami. Frytki oczywiście w zwiniętym papierku, mocno posolone. O keczupie czy innych dodtkach nikt wtedy nie myślał.
  • edytowano maj 2014
    Ja chyba żyję w innej Polsce
    :-?
     ten tekst pozbawia złudzeń
  • Nie jadlam, bo do Poznania trafilam juz w wieku nieco pozniejszym:), wiec nie moge wiedziec. Frytki zas byly w menu podczas wczasow nad morzem, w smazalni ryb. W domu czasem robil je moj Tato:)
  • @Karolinka To jest Polska w wersji GazWybu, wiec kraina nieistniejaca:) Wybiorcza jak i sama gazeta:)
  • W Krakowie na Grodzkiej sa tez najlepsze kebaby. Lepsze niz od Turka w Istambule. Najbardziej smakuja okolo polnocy po wyjsciu z knajpy :D
    A ktos pamieta piszingera? Takiegi czekoladowego? Moze przepis nawet macie....?
  • Pischinger jest pyyyyycha!!!! Ale nie poratuje przepisem:(
  • Kurcze, przestancie...glodna jestem jakos....
  • To byl inny przepis jednak, za komuny nikt by przeciz czekolady nie rozpuszczal (ani nie mial ;) ). Z kakao pewnie. Chyba czas wypytac mamy..
  • Moja mama robi piszingera kremowo czekoladowego. warstwa kremowa ze spiritusem .mniam

  • Moja też.
  • edytowano maj 2014
    Zarąbiste mleko z tubki odkryliśmy na wakacjach w Mrzeżynie ( Zachodniopomorskie),to był 1987 r. mama musiała codziennie dawać nam na to kasę. Ale jej zdaniem zdrowsze to było niż wata cukrowa.
  • @Gregorius
    ale się rozmarzyłam...zapiekanki na Teatralce....ale najdłuższe były przy Izbie Rzemieślniczej ....
  • edytowano maj 2014
    za komuny- trudno było o czekoladę, pamiętam czasy gdy dostępne było coś co się nazywało wyrób z mas tłustych i czekoladopodobnych i było w żółto czerwonym papierku udając tabliczkę czekolady. Mój tato wściekał się, że to świństwo, margaryna i jakieś badziewie, ale myśmy to żarli jak nie było nic lepszego.
    Za to moja babcia robiła takie ciasta i torty, że wątpię czy coś im dorówna....
    We Wrocku były dobre lody na Komandorskiej, Cybulskiego, w Witamince w Rynku no i prawie wszędzie takie kręcone z maszynki.
  • edytowano maj 2014
    Chipsów nie pamiętam ale były jakieś prażynki czy jakoś tak sie to nazywało. W smaku chyba podobne.
  • Za komuny to sie rozne zamienniki stosowalo...Ale bym sobie zjadla tzw blok:) Pamietacie?
  • ale nie przesadzajmy z tym Gaz Wyb 
    mam nastolatki w domu 
    fakt, jedzą jak smoki, wszyscy
    mamy prawie cały czas pustą lodówkę ;)

    to mitologia jest , że w rodzinie wielodzzietnej ubrania noszą wszyscy po sobie
    owszem, maluchy tak


    ale nastolatki???
    trzy rozmiary ubrań i butów takie same 
    chłopaki podobnie
    a różnica gabarytowa między rodzeństwem, jak stąd w kosmos , więc jak??? po sobie

    poza tym, nigdy nie uważałam, że mają donaszać po sobie ubrania tylko dlatego, ze mają dużo rodzeństwa 
    każdy chce mieć coś tylko swojego, i ma :)

    buty i kurtki , zwyczajnie tańsze się nie opłaca , bo to i czas jest i szukanie kolejnej pary przy rozmiarze 46-47


    leczenie zębów 
    płacimy jak trzeba 

    aparatu nigdy nie było trzeba , dobrze zęby rosły i mają ładne :) to zasługa i genów i braku kieszonkowego na czipsy i fajki ;)


    czesne w szkole, zmilczę , jest 


    zajęcia tzw korki NIGDY 
    wszyscy mieli za zadanie się uczyć , lepiej lub gorzej, to Ich jedyne zadanie życiowe na etapoie bycia ddzieckiem w domu , i mają się z tego wywiązywać
    i wywiązywali
    lepeij lub gorzej, ale wszyscy 

    zajęcia dodatkowe , wybieraliśmy szkoły trakie , aby oprócz marnowania czasu na edukację szkolną ogólną
    było coś jeszcze 
    czyli , języki , (darmowe zajęcia w pakiecie klasowym LO)i biegła znajomość języka z certyfikatem od państwa danego języka
    albo zajęcia muzyczne 
    albo baletowe 
    wszystko 

    dodatkowe bez szkoły też mają
    taniec 
    jazda konna 
    basen 
    i inne 



    wyjazdy wakacyjne 
    wspólne 


    wycieczki szkolne brali udział zawsze prawie (parę razy bez, z racji miernych efektów w szkole )


    ja nie śmieję się jak koń

    ja staram się zapewnić pewien poziom dla dzieci, które mamy , edukację na jaką nas stać 

    to jest moje zadanie jako rodzica , i szukamy rozwiązań adekwatnych dla naszej kieszeni i możliwości

    ale jednocześnie nie liczę ile wydałam już do tej pory, bo w pewnym sensie 4 dzieci juz skończyło edukację

    napisałam to dlatego, że dzieci nie są pracownikami, a płaca podatki

    i czy chcemy czy nie, wychowanie to też jest ekonomia  

    nie będę udawać, że dzieci to działalność w wolontariacie , bez kasy

    wolontariat zresztą oparty jest na kasie także 
    to się naywa podatki pośrednie , a także dotacje unijne :)




  • ale niektóre komentarze od artykułem-no powiedzcie, plisss- dają jednak nadzieje, ze w narodzie trochę mądrości jeszcze jest
Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.