Kryzysy małżeńskie

Gdzie według was leży granica cierpliwości i trwania w małżeństwie?
Mam wrażenie że wokół mnie ostatnio bardzo dużo małżeństw w kryzysie. Historie b. różne. Od zmęczenia materiału (malutkie dzieci, nieprzespane noce, problemy finansowe) które sprzyja często narastaniu konfliktów, przez nawarstwiające się nieporozumienia wynikające z odmienności, po zdrady małżeńskie i separacje.
I tak sobie rozmyślam.
Dużo słyszę "Mam prawo do szczęścia", "Bóg nie wymaga ode mnie męczeństwa w małżeństwie", "Ja jestem w porządku, to on zdradził / odszedł, nie będę się upokarzać".
Dużo bólu, zatwardziałości wynikającej z obrony delikatnych emocji - rozumiem to bardzo. Jednak coraz częściej odnoszę wrażenie, że nawet katolikom przesuwa się gdzieś granica tego, do kiedy należy walczyć o małżeństwo. Że coraz częściej słychać "Nie moja wina" i jest to wytłumaczenie rozstania.
Niektóre osoby na forum znają moja historię i to, że wiem że można odbudować wszystko, nawet jeśli z pozoru wydaje się że nie ma czego. Myślę że nie udałoby nam się gdyby nie głębokie przeświadczenie, którego się kiedyś uczepiłam, z "ludzkiego" punktu widzenia zupełnie irracjonalnie, że małżeństwo sakramentalne jest pewną wartością nadrzędną i że naprawdę trzeba zrobić wszystko, a nawet więcej, by je ocalić. Był to punkt wyjścia, na którym reszty dokonał Pan Bóg, zaproszony.
I tak się zastanawiam, gdzie leży ta granica... Bo myślę że jeśli jest przemoc, zagrożenie fizyczne, wówczas wątpliwości nie ma. Jednak gdy wchodzimy w sferę np. dręczenia psychicznego albo problemów typu całkowita bierność męża w zakresie podejmowania odpowiedzialności za utrzymanie rodziny, okazuje się że znajduje się wielu doradców (i ja pisze tylko o katolikach!), którzy uważają to za wystarczająca podstawę do rozejścia... I po "ludzku" pewnie mają rację.
Tylko... rzeczywistość małżeństwa to jest coś ponad nasze "ludzkie" interesy, nawet potrzeby...
I chyba właśnie w taką szczelinę tak powszechnie uderza teraz zły w swojej walce o niszczenie rodzin, małżeństw. W przekonanie, że mam prawo nie być krzywdzony. Tylko zapominamy, że jest to pojęcie szerokie... i subiektywne.
I że ponad wszystkim jest Bóg, zdolny na mocy sakramentu zmieniać ludzkie serca.
«13456723

Komentarz

  • Całe małżeństwo to jeden wielki kryzys
  • życie jest ciężkie a potem się umiera
  • To jest wykańczające, jak trzeba być bogiem w małżeństwie i decydować samemu, czy jeszcze trwać, czy być cierpliwą i dobrą, czy już on nie zasługuje. Przyjęcie perspektywy, że to jest i tak do śmierci, i że mogę w małżeństwie zmienić jedynie siebie jest bardzo uwalniające. Od ciągłego rozważania, czy jestem szczęśliwa, czy mi się należy, czy już ten rozwód, czy za chwilę, a co zrobić, żeby on był taki a taki.
    Ale ja mam krótki staż i mąż się nade mną nie znęca.
  • Przyjęcie perspektywy, że to jest i tak do śmierci, i że mogę w małżeństwie zmienić jedynie siebie jest bardzo uwalniające

    O toto!
  • Bo myślę że jeśli jest przemoc, zagrożenie fizyczne, wówczas wątpliwości nie ma. Jednak gdy wchodzimy w sferę np. dręczenia psychicznego albo problemów typu całkowita bierność męża w zakresie podejmowania odpowiedzialności za utrzymanie rodziny, okazuje się że znajduje się wielu doradców (i ja pisze tylko o katolikach!), którzy uważają to za wystarczająca podstawę do rozejścia... I po "ludzku" pewnie mają rację.

    na prawdę znęcanie się psychiczne nie stanowi powodu do odizolowania się od sadysty?

  • @Gregorius
    jestem zaprzeczeniem Twojej teorii

    to co mi się najlepszego w życiu zdarzyło - to moje małżeństwo właśnie

    jeśli są kryzysy ( nie mam na koncie niczego poważnego) - to są wyłącznie rozwojowe

    to co napisałeś faktycznie brzmi jakby małżeństwo było wyłącznie męczeństwem i to na dodatek na własne życzenie ( wszak męża/żonę się sobie wybiera...o ile tak można powiedzieć...bo np rodziców i dzieci - nie)
  • Znajomo powoli wychodza z kryzysu, bardzo powaznego. Kobieta ma u mnie +1000 punktow za wytrwalosc. Nie wywalila dziada z domu, bo powiedziala, ze zachowuje sie jak chory czlowiek, a ona chorego nie moze za drzwi wystawic. Wszyscy proponowali “terapie szokowe“, ona trwala przy nim, byla dobra, rzeczowa. Udalo im sie.
  • Mam nikłe doświadczenie w temacie. A sporo małżeństw 2-5 letnich znamy, ktore sa jednym wielkim... byciem obok, bez siebie, nie razem. To nie kryzys tylko.. no wlasnie co? i to nie sa moje obserwacje tylko, a realne stwierdzenia zon z tych malzenstw.

    chciałabym wierzyc, ze zyjemy w czasach, kiedy psujace sie/ zepsute się naprawia a nie odstawia lub co gorsza wymienia na nowe.
  • Ale to prawda, że mamy prawo nie być krzywdzonym. Jeśli druga osoba nie jest świadoma tego, że krzywdzi, to trzeba jej to uświadomić. Jeśli ma dobrą wolę, to sama będzie dążyć do zmiany.
  • Problem tylko w tym, ze rzeczywistosc nie jest prosta i mozna uswiadamiac do znudzenia, a ta osoba i tak nie zrozumie.
  • Tak, rozmawiamy tak bardziej ogólnie, każdy przypadek należałoby indywidualnie rozważyć.
  • Co nie zmienia faktu, że nie można pozwolić na tłamszenie się. Skoro ktoś zdecydował się na małżeństwo, to musi wziąć drugą osobę pod uwagę. Zwłaszcza jeśli jasno i wprost żona czy mąż dają do zrozumienia, jakie zachowania ich ranią.
  • Na pewno jest problem taki, że narzeczeni często nie rozmawiają o wielu zasadniczych sprawach przed ślubem. A z biegiem dni pewne rzeczy nabrzmiewają, i jak nie ma "nawyku" rozmowy (czyli - czy mam chęć, czy nie - rozmawiamy, a nie czekamy jak sprawy przyschną). Albo się ową rozmowę zaniedbuje.
    To jedno. Bo tzw. komunikacji można się uczyć, aż do śmierci.
    Druga, ważniejsza sprawa, to brak wytworzonej więzi - tych drobnych, codziennych miłych rzeczy, które małżonkowie robią dla siebie.
    Jak wielkie uczucie odejdzie, komunikacji brak i więź nie została utworzona/ podtrzymana - no to co zostaje?

    [nie wchodzę już w sprawy duchowe - stosowny raport już był nie raz wklejany. A ta np. wspólna modlitwa małżonków, która "chroni" przed rozstaniem to też jest związana z więzią.)
  • Ergo, ale w tym wyzej opisanym przeze mnie przypadku, facet wiedzial. Zona mowila, koledzy mowili i nic. Bo sytuacja tez zwykle zlozona bardziej jest, wina tez nie po jednej stronie lezy.
    Po raz ktorys tylko widze, ze lagodnoscia mozna bardzo duzo zdzialac.
  • Nie no spoko ze łagodnością..facet sobie uzywa zycia z babeczka jedna czy drugą ale najlepiej byc wtedy łagodną żoną ..jak juz mu sie znudzi to przyjdzie sie przytuli ..bardzo lubie te romantyczne historie
  • no chyba ze mowimy o jakims zaborczym nerwusie co mu sie testosteron przelewa ..to tak ..wowczas łagodnosc jest wskazana bo inaczej mozna sie pozabijac
  • Nie, mowimy o bardzo przykladnym ojcu rodziny, ktoremu nagle cos odbilo. Kobieta przetrzymala i sa dalej razem. Obawiam sie, ze gdyby go wywalila z domu, to juz by byla sprawa rozwodowa w toku.
  • taaa bardzo przykladny
  • @, ale tak po ludzku - jak ta kobieta sobie z tym radzi? Bo ja nie wiem, czy mogłabym np dotknąć kogoś, kto obcował fizycznie z inną (będąc moim mężem). Oczywiście, wiem, że jak się jest w takiej sytuacji, to inaczej pewnie się myśli. Jak na mój dzisiejszy punkt widzenia, to ona musi mieć "nadludzką" siłę, aby się w tym odnaleźć.
  • Dlatego małżeństwo jest skramentem, bo czasem takiej nadludzkiej siły potrzeba...
  • @mammamia bardz jej ciezko, bo to dlugo trwalo. Ciezko, zeby nie stac sie zlosliwa i zgryzliwa, zeby nie wypominac przy kazdej okazji.
  • Ja obserwuję małżeństwo gdzie żona wywaliła męża, potem przyjęła, potem wywaliła i rozwiedli się.Mają 3 dzieci i kredyt, żyją w innych miastach. Dzieci schodzą na psy, jak gorzej u ojca, jak lepiej u matki, pan samotnie żałuje za grzechy, pani złapała nowy oddech, nową pracę i nowego pana. Wszyscy mówią, że dobrze zrobiła i pokazała dziadowi. A mi żal ich, dzieci, rodziny.Znałam ich od zawsze i to było fajne małżeństwo a teraz takie dno.
  • Mnie koleżanka ostatnio powiedziała' ja mogę być nie szczęśliwa, bo jest źle inaczej jak bym chciała, że czego innego oczekiwała ale to mężowi ślubowała miłość a nie sobie. Swoje problemy oddaje Bogu a siebie mężowi i dzieciom.
  • @Gregorius
    Co to znaczy, że całe małżeństwo to jeden wielki kryzys.
    Pan Bóg musiałby być okrutny skazując nas na kryzyz, błogosławiąc mu i oczekując owocó tego kryzysu w postaci dzieci.
  • Jest kryzysem bo człowiek musi wyjść poza siebie i wtedy kiedy jest różowo kolorowo, żeby nie popaść w rozleniwiajace nic nie robienie bo jak mi dobrze to jemu też i wtedy kiedy jest czarno, buro i pochmurno, kiedy człowiek stawia sobie pytanie co to jest miłość, czy ja jej chcę, jakie są granice. W drugim przypadku ludzie często odpadają i jest to bardzo smutne.
  • Dlatego małżeństwo jest skramentem, bo czasem takiej nadludzkiej siły potrzeba...


    szkoda tylko, ze tej nadludzkiej siły wymaga się zwykle tylko od kobiety. Bo jak nie wybaczy zdrady i nie przyjmnie biednego misia to znaczy ze nie dołożyła należytych starań do ratowania małżeństwa.
  • edytowano maj 2015
    @kitek, ja znam i historie "w drugą stronę" - żona szalała z innym, a on czekał cierpliwie...
    Różnie bywa.
  • @kitek a ktoś zmusz do małźeństwa sakramentalnego? " warunki i wmagania" są znane od zawsze...

    Ja też znam przypadek odwrotny, moja przyjaciółka znalazła sobie kogoś na boku, mąź stawał na głowie źeby wróciła, był gotów wszystko wybaczyć...
  • I jeszcze przewrotne pytanie - łatwiej się źyje z np. zrzędzącą i wiecznie niezadowoloną żoną przez 20,30 lat? ( niź wybacza zdradę? ) tylko nie myśl, źe usprawiedliwiam zdradę! Tylko stawianie sprawy tak, źe to zawsze mężczyźni są ci źli mi nie pasuje. Źycie z wieczną męczennicą u boku też łatwe nie jest....
Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.