Nawrócenie

są tu osoby które się nawróciły? znacie ludzi z waszego otocznia, którzy nawrócili się z totalnego ateizmu czy nawet postawy wrogiej Kościołowi? Co było impulsem?
«1

Komentarz

  • Pisałam pracę z chrześcijańskiej przemiany.
    Przemiana rozumiana jest właśnie jako nawrócenie, metanoia, zerwanie z grzechem.
    Człowiek wierzący może nagle się nawrócić, mimo że pozornie był wierzący wiele lat.
    tak było ze mną :)
    Spróbuję odkopać mój stary wątek, gdzie to było
  • A tak - znamy takie osoby, które się nawróciły.
    Wśród aktorów kilka, kilka wśród dorosłych.
    Moja babcia się nawróciła w wieku 50-60 lat.
  • pomyślałam sobie, że to też różnica gdy ma się do czego wracać (otrzymało się katolickie wychowanie, sakramenty) i gdy tego nie było
    wstyd się jednak odzywać przy Haku :\">
  • Marzy mi się nawrócenie... No chodzi się do kościoła, ale...
    Czekam na spotkanie z Chrystusem.
    @Haku, czekam na wątek twój. Chętnie przeczytam.
  • @In Spe, żaden ze mnie ekspert.
    Zasadniczo podczas studiów wyszło, że zasadnicza przemiana dokonuje się w momencie stworzenia człowieka =))

    [uwaga bełkot teologiczny po SV II ] Zasadniczo wychodzi na to, że jest coś takiego jak cel naturalny - do którego człowiek byłby powołany gdyby nie to, że został powołany do celu nadprzyrodzonego już w momencie stworzenia. W tym celu naturalnym miałby człowiek zrealizować swoje naturalne przeznaczenie gdyby nie został powołany do celu nadprzyrodzonego - tj bycia zbawionym i oglądania Boga "twarzą w twarz"
    W momencie stworzenia człowiek otrzymuje "pieczeć Stwórcy" na sobie i wówczas zmienia się jego przeznaczenie. I tak naprawdę już wówczas następuje przemiana natury człowieka, a potem w pewnym sensie musi on tylko odkryć ten nowy cel, którego nie jest w stanie ogarnąć umysłem - i to właśnie jest nawracanie się, które nigdy nie jest jednorazowe. Co jakiś czas człowiek, który "stał się nowym stworzeniem" musi się nawracać - to jest nieustanne poszukiwanie ścieżki wyznaczonej przez Boga.

    Zatem nie można się nawrócić raz a dobrze. To tylko chciałam napisać
  • Ja przyjąłem chrzest w wieku 24 lat i staram się dalej cały czas nawracać. Ciężka to jednak praca, bo oporne i leniwe ze mnie stworzenie.

    Co było impulsem? Chyba zrozumienie całego zła które mnie może spotkać jeżeli się nie nawrócę. W wieku nastoletnim zainteresowała mnie ezoteryka i mimo ateistycznego wychowania doszedłem do wniosku, że jest coś więcej. Na szczęście się w porę opamiętałem i zwróciłem tam gdzie powinienem od początku czyli do Boga.
  • Nie wiem czy ja jestem nawrócona czy nie, ale wydaje mi się że drogę przez życie rozpoczęłam od bycia zwróconą przede wszystkim w kierunku swej własnej prywatnej osoby. Następny etap to zauważenie, że inne osoby też są wokoło i nie ma logicznego uzasadnienia by wszystkie one służyły moim celom. W praktyce póki samemu jest się w centrum swojej uwagi to i Bóg ma do czegoś służyć. Nie można wtedy przejść przez etap "bądź wola Twoja". Bo wiadomo co Bóg sobie obmyślił, może jakieś męczeństwo albo nudę? Bóg jako środek do poprawy samopoczucia, niech naprawia co popsułam - o takie coś prezentowałam jako nastolatka. Dużo wzruszeń na swój temat, bezwzględność wobec innych. Kiedy pojawia się dziecko nie ma ściemy, ono nie naje się wymówkami. Człowiek z resztką przyzwoitości szuka dla dziecka dobra, nawet kosztem własnej niewygody. Tu się bardziej przyłożyłam. Jeśli chodzi o mój wkład to było postawienie cudzego życia nad swoim, i sięgnięcie po gotowy przepis na życie jaki oferuje Kościół. Ale w praktyce podejrzewam, że to ktoś mi wymodlił, bo równie dobrze mogłam się skoncentrować na swoich "krzywdach". Za jakieś 30 lat może będę miały inteligentne wnioski na temat mojej dzisiejszej lichej kondycji duchowej, i mam nadzieję że będę mogła napisać coś w stylu "ale na szczęście w 40 urodziny przyszło prawdziwe nawrócenie"..
  • @kitek: "znacie ludzi z waszego otocznia, którzy nawrócili się z totalnego ateizmu czy nawet postawy wrogiej Kościołowi? Co było impulsem? "

    Znamy i to sporo.
    By nie zanudzić, podam jeden przykład, a jeśli będą chętni - następne:)

    Na osiemnastce u kumpla z klasy (ognisko na działce, byłem chyba jedynym, który nie pił, ale nie miało to podłoża religijnego) poznałem kolegę (też miał 18 lat) w stanie "zdołowania" - był trochę wstawiony ale na pewno wiedział co mówi. Zebrało mu się na zwierzenia - w skrócie: ćpanie, handlowanie dragami, picie na umór, dziwki. I chętnie by coś z tym zrobił, tylko nie wie co - jest uzależniony, nie widzi wyjścia, nie wie po co - itp.
    Szczerze myślałem że grubo przesadza, ale mieliśmy wspólnych znajomych - jakiś czas po tej imprezie zweryfikowałem jego słowa, wszyscy potwierdzili że mówił prawdę.

    Rok później spotkałem go przypadkiem na ulicy i zgadaliśmy się. Trzeźwy, radosny. Od słowa do słowa - nie ćpa, nie handluje, nie pije, nie łajdaczy się. Nawrócił się. Chodzi na pielgrzymki. Zabrał się do nauki, zamierza zdać maturę (technikum, więc później rok ode mnie, ja byłem już po).

    Co było impulsem? Wiedział że prędzej czy później nieciekawie skończy. Nie wiedział jak i gdzie szukać pomocy więc pewnej nocy wybiegł do lasu i krzyknął "Boże, jeśli jesteś - ratuj!"

    Dokładnej chronologii zdarzeń nie pamiętam, ale początkowo starał się sam, potem spotkał księdza który bardzo mu pomógł, pokierował, itp. Zaczął słuchać Radia Maryja i modlić się ze słuchaczami Różańcem (to był koniec lat 90tych, RM to był wśród młodzieży szczyt obciachu). Kupił sobie spory krzyż św Benedykta i paradował z nim na szyi wzbudzając jak zapewne się domyślacie rozmaite reakcje:) Na ten przykład był czas kiedy został sam, bez przyjaciół i znajomych (minął jakiś czas nim pojawili się nowi - "w klimacie").

    Twardy zawodnik - wytrwał zasadniczo we wszystkim zbierając różne doświadczenia przy okazji. Dziś ma żonę, czwórkę dzieci, firmę która zatrudnia kilkadziesiąt osób. Nie mamy kontaktu już, ale mam kontakt z naszymi wspólnymi znajomymi, więc z grubsza wiem, że z wiarą nadal u niego ok, jego rodzina jest w Domowym Kościele, czasem ich widzę na mszy (choć obecnie mieszkają w innej parafii).


  • Ja tam myślę że pomógł mu Pan Bóg:) Wiary to on nie miał wcześniej - gdyby miał, zapewne nie doprowadziłby się do takiego stanu. Bóg pomógł mu najpierw dając siłę aby przynajmniej spróbować się wyrwać, potem właściwą osobę (księdza) aby nim pokierować. Wspólnota pojawiła się u niego na studiach, raczej już był wtedy dosyć ukształtowany jeśli o wiarę chodzi i zupełnie oderwany od wcześniejszego życia.
  • On się nie zwrócił w stronę religii tylko do Boga i Bóg mu pomógł
  • @Maura: nie wiem czy Cię dobrze rozumiem, ale myślę że kolej rzeczy była taka: upadek, świadomość że grozi mu całkowite zmarnowanie życia a nawet szybka śmierć, uświadomienie sobie, że sam sobie nie poradzi z tym, zwrócenie się do Boga (co do którego nie wiedział nawet czy jest), nawrócenie i próba oczyszczenia, spotkanie dobrego księdza, modlitwa z RM (to wszystko działo się bardzo szybko), potem wspólnota religijna (ze dwa lata później).
    Tak sobie myślę co rozumiesz przez zwrócenie się w stronę religii. Jeśli chodzi o praktyki religijne, to owszem, była to logiczna konsekwencja nawrócenia i właściwego rozumienia relacji Bóg - człowiek. A także jak pamiętam z naszych rozmów, obserwacji jak wyglądają jego starania kiedy jest mocno zanurzony w modlitwę, post, mszę, komunię, itp - oraz jak wyglądają kiedy tychże praktyk jest mniej.

    Generalnie przykład kolegi mocno budujący jest:)
  • Nie spotkałam się z tym, aby ktoś wyszedł z taaakiego doła dzięki dobremu psychologowi, he, he, he. No ale ja tam mało rzeczy zdążyłam widzieć. :D
  • Gdyby spotkał dobrego psychologa, to dziś byłby gorliwym... psychopatą.

    MSPANC
  • Na myśl przychodzą mi 2 osoby z "mojego otocznia, które nawróciły się z totalnego ateizmu czy nawet postawy wrogiej Kościołowi", a było to niedawno.

    Pierwsza: syn koleżanki, narkoman. Był na terapii i w czasie tej terapii modlono się nad nim w grupie modlitewnej, miał spoczynek w Panu i po tym spoczynku poszedł szybko do spowiedzi, (ma 23 lata, u spowiedzi był ostatni raz gdzieś w gimnazjum). Po tym całkowicie zmienił swoje życie. A po kilku miesiącach został uzdrowiony z nałogów - po wielu modlitwach wstawienniczych m.in. ks. Boshobory.

    Druga: córka koleżanki. Nawróciła się, gdy zaczęła mieć poważne problemy psychiatryczne związane z opętaniem. 13. maja b.r. (po kilku latach egzorcyzmów) została uwolniona.
  • Nawrócenie ma się dokonywać każdego dnia, jesteśmy w drodze do nieba, ścieżka wąska i ciernista, kręta i wyboista. Tuż obok wiele innych, z pozoru tylko łatwiejszych. Łatwo się zgubić i zboczyć z tej właściwej. Nawrócenie to proces, jego kresem jest oglądanie Boga twarzą w twarz.

    T
  • edytowano czerwiec 2015
    @Maura: "Rozumiem to w ten sposob, ze skoro spotkal na swojej drodze pomocnych ludzi religijnych to wlasnie w ta strone sie zwrocil Czyli zobaczyl ze deska ratunku i pocieszeniem moze byc wiara. Byc moze gdyby spotkal na swej drodze dobrego pastora bylby teraz gorliwym protestantem, gdyby trafil na dobrego psychologa moze wyszedlby na prosta bez wiary i religii, itp"

    Widzę że usiłujesz sobie ten przypadek zracjonalizować, ale obawiam się że tu raczej się nie da. A to dlatego, że na początku, po gorącej, z dna serca (i ze strachu) płynącej prośbie do Boga, kolega nie spotkał nikogo z ludzi - pisałem wyraźnie, że po wezwaniu Boga NAJPIERW starał się sam. Samo to było cudem - że miał siłę się starać, której to wcześniej nie miał.

    po jakimś czasie (nie pamiętam dokładnie ale to na pewno miesiące były) dopiero spotkał księdza, który go w kilku sprawach pokierował, ale tą drogą kolega kroczył już sam (oczywiście z Bogiem, ale do momentu spotkania księdza - bez udziału innych ludzi).

    w ogóle jeśli chodzi o ludzi, to początkowo, po nawróceniu, został sam zupełnie - jego dotychczasowi znajomi od imprez po pierwsze nie mieli z nim nic ciekawego do roboty a po drugie stwierdzili, że mu kompletnie odwaliło. Podobnie uważali jego rodzice i siostra.

    Raz jeszcze: NAJPIERW było nawrócenie, POTEM samotność (w sensie: brak ludzi, którzy go rozumieli), NASTĘPNIE pojawili się ludzie.

    Zatem @Maura dokładnie odwrotnie niż napisałaś:) A co do tego czy gdyby spotkał psychologa, pastora itp, to się już nie dowiemy - Bóg był pierwszy:)

  • Podobne w sensie że ktoś spotkał psychologa, pastora, czy dobrych ludzi na swojej drodze i się podniósł? Jeśli tak, to nie jest podobny schemat.

    A jeśli masz na myśli nawrócenie, to napisz, chętnie posłuchamy:)
  • @Maura: zastanawiam się skąd znasz mój punkt widzenia? Poważnie pytam, bo żywo mnie to zainteresowało.

    Pytanie czy Bóg pomógł - nie wiem bo nie znam historii, ale jest to bardzo możliwe że tak. Niejakiego Darka Malejonka nawrócili bodajże Świadkowie Jehowy (ale mogę coś pokręcić, na pewno nie byli to katolicy). Acz na pewnym etapie rozwoju duchowego zaczął być katolikiem.

    Odniosę się jeszcze do zdania: "Jedna z tych historii jest bardzo podobna do Twojej, tylko zamiast katolików są zielonoświątkowcy".

    W historii którą przytoczyłem, najpierw w ogóle nie było ludzi, tylko mój znajomy i Bóg. Ludzie pojawili się później - i owszem, byli to katolicy. I to jest tu bardzo ważne - kolega ZANIM posłuchał czyjegoś gadania, zwrócił się całym sobą do Boga.

    Czy w Twojej historii było tak samo? Jeśli nie, to nie są to podobne historie. A tak w ogóle, to opowiedz:)
  • @Tecumsech podziwiam cierpliwość. Piąty raz tłumaczysz i nie dociera.
    Było coś w Biblii o tym, że niektórzy nie uwierzą, choćby ktoś powstał z martwych i zaświadczył. Także tego, nie jestem zdziwiona :)
  • Tu nie chodzi o różnicę w poglądach, tylko coś czysto technicznego.

    Tecumsech mówi, że człowiek był sam jak dokonał zwrotu, a ludzi spotkał później (dwa miesiące?) . Ty mówisz, że dokonał zwrotu pod wpływem ludzi.
  • Maura, nawet w terapiach jest mowa o Sile Wyższej, do której odwołują się, bo własnymi siłami nie są stanie sprostać (mówię o terapiach typu AA).
    Zwrot do Boga niekoniecznie wiąże się z jakąś religią na początku. Bóg jest zawsze blisko człowieka i wejdzie w jego życie we właściwym momencie.
    Byłam osobą nie ochrzczoną. Kiedy zginął mój brat, mówiłam swojej mamie (z nadzieją, że coś z tym zrobi), że gdyby mi ktoś zaproponował chrzest, przyjąłbym od razu. Nie był to jednak właściwy dla mnie moment i musiałam poczekać jeszcze trzy lata. Wtedy przyjęłabym go ze strachu przed śmiercią. Potem przyjęłam, bo byłam gotowa na zmiany, chciałam odnaleźć siebie.
    Gdyby mama mnie zaprowadziła, byłabym ochrzczona w cerkwi prawosławnej. Jednak widać moją drogą był Kościół Katolicki.
  • edytowano czerwiec 2015
    @Maura: "TecumSeh, z takim stanowiskiem sie spotkalam, tj ze z punktu widzenia katolika inne koscioly chrzescijanskie to heretycy, a "nawrocenie" do ktorejs z takich wspolnot to wrecz szatanska robota. Byc moze blednie uznalam ze ten punkt widzenia podzielaja wszyscy katolicy. "

    No zdecydowanie błędnie, tego zdania nie podziela na ten przykład Kościół Katolicki (polecam lekturę dokumentu Dominus Iesus - ale lekturę DOKUMENTU a nie komentarza do dokumentu z jakiejś gazety. Można się nieźle zdziwić:) )

    Co do słowa "heretycy" - to jeśli weźmiemy rzeczywiste znaczenie tego słowa to jasne że tak, albowiem heretycy w ścisłym znaczeniu tego słowa to chrześcijanie nie przyjmujący całości nauczania Kościoła (kiedyś był tylko Kościół zwany dziś katolicki, czyli powszechny) i/lub inaczej pewne prawdy wiary interpretujący. A to, że to słowo ma pejoratywny wydźwięk, to inna rzecz, ale nie ja go użyłem:)

    Stwierdzenie, że nawrócenie kogoś przez protestanów (np z ateizmu albo z letniości) to szatańska robota - chętnie bym się dowiedział kto i w jakich okolicznościach głosi podobne poglądy. Oraz jaka jest tego skala - bo ja szczerze mówiąc w swoim środowisku (które obejmuje również katolików tradycjonalistów) się z czymś takim nie spotkałem.

    Jeszcze co do Twoich historii - piszesz: "Bede miala wiecej czasu to opisze, generalnie te kilka znajomych osob to ludzie ktorych wiara (wg mnie) nie znikla tylko zalamala sie na skutek ciezkich doswiadczen, takze z ksiezmi. Nie mialo to nic wspolnego z ateizmem. Oni chcieli by ktos im pomogl odzyskac wiare, tak mysle."
    Rozumiem, jednak w takim razie nie są to historie podobne do tej, którą opisałem.
  • Mogę polecić książkę x. T. Halina "Cierpliwość wobec Boga". Bardzo ciekawie porusza on temat konieczności otwarcia na tzw. innowierców, heretyków, ateistów... Kontrreformacyjne środki i retoryka zawiodły z perspektywy historycznej (vide zrekatolicyzowane Czechy).

    T
  • Konieczność otwarcia na tzw. innowierców, heretyków, ateistów podpowiada życie, to tak jak na misjach. Misjonarze muszą być otwarci na ludzi, do których idą.
  • Ja bym zadał pytanie inne - kto i dlaczego się przed nimi zamyka.

    Kościół? Absolutnie nie - otworzył się na nich bardziej niż powinien. Na ten przykład na Soborze Watykańskim byli obecni prawosławni oraz członkowie innych wyznań. Czy któreś z innych wyznań chrześcijańskich do swoich generalnych dyskusji na temat wiary zaprasza inne wyznania? Jeśli tak to proszę o info bo nigdy o czymś takim nie słyszałem.

    Niektórzy wierni? Owszem. Dodajmy z każdego wyznania chrześcijańskiego - wszędzie jest pewna grupa zamknięta na dialog lub towarzystwo kogoś z zewnątrz. Wierni KK nie wypadają tu szczególnie źle - zwłaszcza że w środowiskach protestanckich zwykle najbardziej nielubianym kościołem jest Kościół Katolicki:)

    Jeszcze ustalmy co znaczy "otwierać się" - bo jeśli ktoś liczy w sprawach dogmatów na kompromis, dogadanie się krakowskim targiem albo tego typu, to nic dziwnego że potem są historie o "zamkniętym" Kościele:)

    A wracając do nawróceń - wyznania niekatolickie robią często bardzo dobrą robotę:)
Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.