Taki duży taki mały może świętym być?

No właśnie, czy znacie kogoś, o kim można powiedzieć, że zmierza do świętości? Choćby w 5%?

Komentarz

  • Znam takich ludzi.
    Z co najmniej jednym z nich nawet mieszkam.
  • edytowano luty 2016
    W zeszłym tygodniu był pogrzeb mojej znajomej, supernumerarii Opus Dei, myślę, że jest już w Niebie. Umarła na raka, długo walczyła z chorobą, z optymizmem, z umiłowaniem Woli Bożej, ofiarowała Bogu cierpienie, nie skarżyła się, modliła się za wszystkich. Wcześniej, przed rakiem, też uważałam, że jest wspaniałą osobą, otwartą na ludzi, hojną, radosną, głęboką.

    Jak się nad tym teraz zastanawiam, to mam wielu takich znajomych, o których myślę, że zmierzają do świętości i że tę świętość już w nich jakoś tam widać. Myślę tak też o moim spowiedniku.
  • edytowano luty 2016
    Myślałam, że znam ale się pomyliłam

    Właściwie to mój tata, króry nie żyje już 10 lat, zaczął inensywnie zmierzać do świętości w czasie choroby nowotworowej. Miał piękną śmierć. Mnie też ta choroba zbliżyła wtedy do Boga.
  • Moja Mama byla/jest swieta. Taka malodzietna Mama Roza.
  • Już kiedyś ktoś na forum zaczepiał o to. Pewnie, że tak. Znam wielu tuptajacych do Nieba. I widać w nich jasno, że to jest ich decyzja, a 100% sprawstwa Bożego. Jak kombinują po swojemu, to zaraz leżą.

    @AleksandraB jak można się nawrócić, tak niestety można też ulec pokusie/zgorszyc, więc "Czuwajcie i módlcie się..."
  • "jest ich decyzja, a 100% sprawstwa Bożego"

    Możesz to rozwinąć?
  • Znałam święte osoby wśród duchownych. Jeden był proboszczem mojej parafii kiedy byłam młodzieżą. Pewnego dnia zostawil to i wyruszył do zakonu franciszkańskiego odnowy. Zawsze otwarty i bardzo skromny. Na plebanii drzwi zawsze były otwarte. Można było przyjść zjeść posiłek, pójść sobie do kaplicy, porozmawiać. Znałam jego mamę. Zawsze jeździłam do niej z paczką znajomych nad morze. Taki syn musiał mieć święta mamę. I tak było.
    Ten ksiądz nadal bardzo otwarty i skromny chociaż jest przeorem i przygotowanym człowiekiem. Kochany człowiek. I powiem tylko tyle: dobro i świętość są wypisane na twarzach ludzi, szczególnie w oczach.
  • Spróbuję. Mnie uczono, że Święty jest jeden i tylko On ma moc uświęcenia. Choćbym się wziął za włosy czy głowę i z całej siły ciągnął do góry, to sam się nie uniose ani centymetr.
    Osoby o których myślę, że idą do Nieba są wyraziste i często wymagające. Owszem, najpierw od siebie, ale i otoczenie niekoniecznie ma łatwo. Często mają mniej lub bardziej otwartych krytyków w otoczeniu.
    Dość często zdarza mi się nie dogadywać z taką osobą i przypomina mi się wtedy historia stosunków ojca Papczynskiego z bpem Pelczarem. Nie byli łatwi dla siebie, a obu dzisiaj czcimy jako błogosławionych.
    I jeszcze jedno. Potrafią przepraszać otwarcie przyznając, że popełnili błąd tzn. "Ja zrobiłem zle, wybacz mi.", a nie "Przepraszam, głupio wyszło, chciałem dobrze".
  • Zazdroszczę Wam trochę takich doświadczeń. Ja ostatnio częściej trafiam na hipokrytów.
  • Tak znam takich co chcą być święci i starają się zmierzać w tym kierunku. Myślę że moja śp. Babcia tak żyła i wymodliła mi w Niebie mojego męża. Poznałam K. w miesiąc po jej śmierci. Naszego śp. ks proboszcza który miał ogromne serce, ks. Łukasza, i kilka osób świeckich.
  • mam też taką przyjaciółkę, ma totalnie pochrzanione życie... być może częściowo ze swojej winy, na pewno w dużym stopniu z winy innych...
    no ale jak patrzę jak się z tym wszystkim zmaga, również z załamaniem, z depresją, z totalną niechęcią wielu osób do niej, z brakiem wsparcia tych, którzy mają obowiązek wspierać, z osądzaniem jej niesprawiedliwym, z brakiem środków materialnych, z tym jak musi co i rusz budować życie na nowo... a jednak w tym wszystkim trwa wiernie przy Bogu, wsłuchuje się w Jego głos, szuka Jego woli, choć sama musi przy tym umierać, nawraca się nieustannie...
    więc jak patrzę na nią, to też myślę, że jest na tej drodze i wielu się zdziwi kiedyś widząc jak daleko na niej zaszła
  • Ja bym tam chciała być świętą
    Ale mi nie idzie
  • A mi się wydaje, że znam wiele takich osób. W sumie chyba wyjścia nie mamy, co?
    Albo będziemy święci, albo nas nie będzie. Po prostu trzeba zrobić miejsce w swoim życiu dla Boga - tylko to.
  • @Małgorzato,w mojej ocenie już niewiele Ci do świętości brakuje:) i to nie wazeliniarstwo, po prostu uważam że matki powyżej 3 ki dzieci, to coraz wyższy "level" życia duchowego, nie ma siły by ktoś godził się na tracenie życia poprzez dawanie życia kolejnym dzieciom, bez działania Bożego. Ja sama mam trójkę i chyle czoła przed matkami i ojcami 4+.W mojej parafii jest taka rodzina,mają 4kę dzieci, ojciec jest szafarzem, często go widzę rozdającego Komunię. Bije od nich spokój,ciepło.Chciałoby się wciąż przebywać z takimi ludźmi.
  • czy znacie kogoś, o kim można powiedzieć, że zmierza do świętości?

    No, ja myślę, że my wszyscy zmierzamy. Ale czy dotrzemy? Opisane osoby są nie na 5, a na 75%. Albo więcej. To chyba nie pycha twierdzić, że zmierzam do świętości. Taki jest przecież cel każdego chrześcijanina. Staram się być dobra, a że nie wychodzi... Cóż, jesteśmy grzeszni. Czy zasługujemy zatem na miano hipokrytów?
  • To bardzo śmieszne, że założyłem taki wątek. Pan Bóg odpowiedział na moje wątpliwości kierując mnie na Redditio wspólnot neokatechumenalnych. Zobaczyłem tam ludzi pełnych blasku Ducha Świętego, którzy składali publiczne wyznanie wiary. Wśród nich - dwoje znajomych, którzy mówili pięknie i wzruszająco.
  • Mi się wydaje , że na tym forum wielu tupta do nieba . Mi jeszcze wiele brakuje .
  • Spotkałam kilka osób będacych w moim odczuciu swietymi.
    Ks. Krzysztof będacy kiedys, daawno, wikariuszem w mojej rodzinnej parafii to nr 1 - dlugie godziny w kosciele spędzał na modlitwie, widac bylo ze prowadzi jakies niezwykle zycie duchowe. Byl bardzo łagodny, małomówny i przystepny, a jednoczesnie z nikim sie nie spoufalał. Wydawało mi sie, ze wszystkich traktuje jednakowo. Nie był to typ ksiedza z gitarą, ani jakiegos mowcy - charyzmatyka, ani tym bardziej biznesmena. Był tak zwyczajnie... święty! No az dziwne. Nic nie mozna o.nim powiedziec nadzwyczajnego poza tym, ze fantastycznie spowiadał, ze kazdą Mszę odprawiał z głeboką wiarą, ze mialo sie wrazenie ze kocha cię z calego serca itd. itp.
    I z kim nie porozmawiam z mojej dawnej parafii to - mimo, ze ksiezy sie tam przewijało mnostwo- wszyscy pamiętają na pierwszym miejscu szaraczka ksiedza Krzysztofa. A byl u nas przez 2 lub 3 lata jakies hmmm... 15 lat temu?

    Drugi swiety to pewien człowiek swiecki. Tez taki 'zwyczajny', parafialny swiety. Chodzacy na normalną Mszę, nie dający zadnych swiadectw publicznych - taki niby zwyczajny, ale jego dojrzały poziom zycia duchowego zawstydzal ksiezy. Nie epatowal swoja wiarą, nie trąbił o Bogu przy kazdej okazji. Duzo by mowic na przykladach, ale nie o to chodzi.

    Chcialam tylko powiedziec, ze, choc to dziwne, nie spotkalam nigdy czlowieka, w ktorym swietosc zycia bylaby tak uderzajaca jak u tych dwoch powyzszych, w zadnych wspolnotach, z ktorymi sie ludzie mocno utozsamiają. Nie znam osobiscie zadnego tradsa, kogos z Odnowy, czlowieka z neokatechumenatu czy z innej takiej grupy będacego dla mnie swiadkiem wiary w takim stopniu, jak oni. Mam jeszcze typy nr 3 i 4, ale to tez ludzie 'parafialni' chodzacy na zwyczajne Msze sw...
    Z tej przyczyny jestem gleboko przekonana, ze Bog jest blisko, w najblizszym parafialnym kosciele, i nie potrzebuję szukac Go gdzies daleko. Jestem Bogu wdzieczna za tę łaskę, serio! i uwazam się za wielką szczesciarę

    Wiem, ze pewnie jest tu sporo osob znających swiadkow wiary z tych wspolnot, ktore wymienilam. Ja pisalam jednak tylko o moim doswiadczeniu i nikomu nie odmawiam prawa do wlasnych doswiadczen ;-)
    Podziękowali 2Aniuszka kiwi
  • Patrząc na życiorysy wielu świętych i błogosławionych mysle, ze nikt nie ma zamkniętej drogi do świętości. O nie kazdy święty na pierwszy rzut oka epatował łagodnością i uduchowieniem. Ponoć sw Teresie z Avila zarzucono kiedyś, ze jest taka "zwyczajna", ze skoro przezywa mistyczne spotkania z Chrystusem, to powinno byc to widoczne na pierwszy rzut oka. A ona odpowiedziała: "Jak ekstaza, to ekstaza, jak życie, to zycie" ;)
  • edytowano marzec 2016
    zwyczajność jest wg mnie najbardziej pociągająca w świętosci
  • Przekornie trochę, bo przypomniała mi się historia opowiedziana przez znajomą. Pewna pani, żyjąca w opinii świętości, zmarła. Kiedyś przyśniła się tej mojej znajomej z prośbą o modlitwę. Ta zdziwiona. Zmarła powiedziała, że wszyscy myśleli, że ona święta, trafi do nieba i nikt się w jej intencji nie modli, a ona tymczasem jest w czyśćcu i błaga o modlitwę.
    I jeszcze taki dowcip. W pewnym zakonie była siostra, o której wszyscy mówili, że jest święta. Pewnego razu przyjechał tam biskup, żeby zobaczyć tę "świętą". Wszystkie siostry zebrały się na spotkanie z biskupem, a ten mówi, że podobno tu jedna z was jest święta. Pyta, która to i wystąpiła jedna z sióstr i mówi: To ja. Biskup wyjechał z przeświadczeniem, że jednak nie ma tu świętej.

    Tak w ogóle o swoją świętość walczy człowiek do ostatniego tchnienia, a najbardziej tuż przed śmiercią, bo diabeł do ostatniej chwili próbuje wyrwać Bogu każdą duszę.
  • Wyciągam. Tak mnie jakoś naszło, jutro taki dzień...
    Podziękowali 1malagala
  • Mój proboszcz on jest inny niż reszta,  taki troche oderwany od tego świata choć bardzo solidny i konkretny.  
    https://sportowefakty.wp.pl/hokej/705226/mial-propozycje-z-nhl-wybral-kaplanstwo-to-najglebszy-sens-istnienia
    Podziękowali 1E.milia
  • Tak, znam jednego kapłana.  Nawet krótki pobyt w jego towarzystwie sprawia, że na nowo odkrywam bożą obecność bardzo blisko. Zarówno Jego  słowa, gesty jak i zwykłe codzienne sprawy dają mi odczuć, że dążymy w kierunku Nieba. Jego osoba wskazuje na Tego, który Go posyła.
Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.