Poklikajcie chociaż - proszę

1568101194

Komentarz

  • Klikamy Lilce
  • Kklikamy
  • Klik też.
  • Wkleję fragmenty pokazujące walkę o życie Lilki, na którą teraz zbierane są datki i nasze kliki.
    Nie wiem jak wy - ja jestem podłamana.
    Podkreślę, że Niemcy nie są wcale idealnym państwem - opiekę zdrowotną na zwykłym, cywilizowanym poziomie, zawdzięczają rzetelnemu podejściu do pracy personelu medycznego i odpowiedniej do potrzeb wysokości składki na ubezpieczenie zdrowotne.
    Nie wszystko jednak przebiega tutaj bezproblemowo, często występują komplikacje po operacyjne - powodem jest to, że pacjenci ubezpieczeni obowiązkowo są obsługiwani przez lekarzy z niższym poziomem wykształcenia. Ci mają dobre chęci, całym sercem przykładają się do wykonywanych obowiązków, ale.. po prostu brakuje im umiejętności - dopiero je nabywają. Dostęp do ordynatora, czy samego szefa oddziałów (prowadzą leczenie pacjentów i operują) mają tylko osoby ubezpieczone prywatnie, na najwyższej składce.
    Poniekąd jest to zrozumiałe, wysokich specjalistów jest mało, a pacjentów ogromna liczba.
    Co do chirurgii - problemem jest jeszcze to, że młodzi lekarze nie mają możliwości poćwiczyć operacji na zwłokach, bo tych jest zbyt mało, więc szlify zdobywają dopiero na sali operacyjnej.
    Oczywiście pacjenci z zagranicy, którzy w 100 proc. pokrywają koszt operacji, mają do dyspozycji personel najwyższej klasy.
    Dodam jeszcze, że mimo wszystko, mamy bardzo mały procent zgonów z powodu pooperacyjnych powikłań. Przekonałam się o tym, gdy życie Myszatego było zagrożone.
  • A teraz historia Lilki:

    Zły stan zdrowia mojego dziecka jest wynikiem licznych zaniedbań ze strony lekarzy. To, że Lilka jest teraz z nami, to wyłącznie rezultat długiej, zaciętej walki – z służbą zdrowia, przekonaniem o nieomylności lekarskiej, systemem opieki zdrowotnej.

    Poszliśmy z małą na echo serca. Nigdy nie zapomnę słów lekarki, która stwierdzała beznamiętnym tonem: jest wada serca, i to bardzo poważna. W jej sercu nie ma tego, nie ma tamtego… Rzucała pojęciami, których nawet nie znałam. Żaden rodzic, który nie był w podobnej sytuacji, nie zrozumie tego ogromu emocji – bólu, strachu, bezradności, przerażenia, które wtedy na niego spadają… W dodatku okazało się, że Lilka ma podejrzenie choroby metabolicznej. Kazali mi odstawić ją od piersi. Była to środa, powiedziano mi, że gdybym karmiła ją dalej, to w piątek mogłaby już nie żyć…

    Lilkę skierowano na operację, która miała się odbyć w sierpniu. W lipcu sygnalizowałam lekarzowi prowadzącemu, że stan malutkiej się pogarsza. Nie przybierała na wadze, ważyła tyle ile noworodek. Jak każda chyba matka umiem wyczytać jej reakcję w ciągu minuty. Byliśmy w szpitalu. Włączono jej leki, po których jej stan miał się polepszyć. Nie polepszył się. Widziałam, że moja malutka męczy się, poci, słabnie, ciągle płacze… Rzeczy, które wcześniej sprawiały jej radość, przestały ją obchodzić. Lilka, nasza mała iskierka, zaczęła gasnąć… Powtarzałam lekarzom, że leki nie działają, że jej stan się pogarsza, że jest apatyczna, słaba. I tak codziennie. Kiwali głowami – no tak, to dlatego że jest chora, dlatego musi mieć operację, na którą musi poczekać jeszcze z dwa tygodnie, bo nie jest to pilny przypadek. Do mojej córki przychodził ktoś raz dziennie, mierzono jej parametry i saturację, nie miała nawet podłączonego stałego monitoringu serca! A z Lilką było coraz gorzej.

    Lila przestała jeść, ruszać się, przeraźliwie krzyczała, kiedy chciałam ją wziąć na ręce, nie otwierała oczu… Bałam się, że moje dziecko nie dożyje kolejnego dnia. Rankiem pielęgniarki zbadały Lilkę… Wtedy zrobiło się zbiegowisko, ordynator, kardiolodzy, inni lekarze… Okazało się, że doszło do załamania krążenia, wobec czego przetaczano kilkukrotnie krew, żeby walczyć w ogóle o życie! Przez to, że operacja Lilki została zaplanowano zbyt późno, moje dziecko było na skraju śmierci i musiało przejść dwie dodatkowe, niezwykle ryzykowne operacje.

    W ciągu kilku dni zakwalifikowano ją do operacji ratującej życie. To była trzecia operacja Lilki w ciągu 18 dni. Nikt nie wierzył, że się uda. Ale tak się stało. Lilka też się zbuntowała. Stwierdziła, że się nie da i że chce zostać z nami. Widziałam na oddziale rodziców, którzy bali się sprzeciwić, obawiając się, że odbije się to na ich dziecku. Widziałam rodziców, których stan dzieci był bagatelizowany, tak jak Lilki. I te dzieci umierały. Widziałam agonię i rozpacz matek. W szpitalu czułam się jak w więzieniu. Ten lęk, bezradność, patrzenie na cierpienie dziecka.

    Niedługo musimy wrócić do szpitala. W czerwcu, na pierwsze urodziny Lili, wykryto powikłania w postaci zwężenia drogi odpływu z lewej komory oraz niedomykalność zastawek serca. W marcu okazało się, że parametry znacznie się pogorszyły. Moja córka nie może czekać. Znów ten sam scenariusz, scenariusz, który sprawił, że zamiast jednej operacji dziecko przeszło trzy i nadal walczy o zdrowie i życie. Nie będę kolejny raz czekać, aż życie mojego dziecka zawiśnie na włosku, aż stan jej zdrowia ze stabilnego stanie się krytyczny, aż ktoś zechce zoperować Lilę nie wtedy gdy jest najsilniejsza, tylko czeka, aż będzie umierająca. Wspominam głosy lekarek. „Dobrze, że walczyliście” – wyznała jedna z nich. „Gdybyśmy żyli w idealnym państwie, Pani dziecko byłoby operowane od razu. Ale tak nie jest” – powiedziała mi ostro inna.

    idealne państwo można znaleźć. Ja to zrobiłam. W szpitalu w Niemczech wyznaczono datę operacji Lilki na 1 czerwca. Dzień jej drugich urodzin. Przeszkodą są pieniądze, NFZ nie zapłaci za operację, bo zabieg może być wykonany w kraju. Tylko nie wiadomo, kiedy. Tutaj w czerwcu dopiero mają być wykonane wstępne badania!
  • Operację Lilki będzie przeprowadzał wspaniały polski profesor pracujący w klinice w Munster.
    Strach pomyśleć ale za kilka miesięcy ja będę w podobnej sytuacji co rodzice Lilki.
    Klikajmy!
  • @kika0 , wiecie już coś więcej?
  • edytowano maj 2016
    @MartynaN , jestem w drodze na badanie.
    Napiszę jak będę coś wiedziała.
Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.