O sprzedawcach lodów i ciut więcej...

Zachęcam do przeczytania tego dość długiego, ale klarownego i ciekawego tekstu.

Kto to napisał i link na końcu. :)

Matematyka ma w polityce swoje miejsce – jak z matematyką często bywa w potocznej świadomości – do opisu sytuacji. Najczęściej wyobrażamy sobie, że chodzi o statystykę – te wszystkie procenty poparcia, analizy trendów i podobne rzeczy. Rzadziej uświadamiamy sobie, że za metodologią badań sondażowych stoją matematyczne pojęcia skomplikowane ponad wysiłek, który chcielibyśmy sobie fundować, by rzecz zrozumieć naprawdę, potrafiąc np. odróżnić badania solidne od niesolidnych. Jednak niemal nigdy nie wiemy, że dobrze już znana teoria chaosu, mniej zbadana i wciąż rozwijana teoria złożoności i kilka innych matematycznych konstrukcji potrafią nie tylko opisać, ale i dobrze wyjaśnić istotne mechanizmy ludzkich zachowań w politycznych systemach, bo te mechanizmy są wysoce przewidywalne przy całej nieprzewidywalności człowieka i ludzkich zbiorowości. Jeden z takich bardzo prościutkich modeli chcę tu przywołać. Bo zrozumieć znaczy również móc zmienić.

Model

Wyobraźmy więc sobie plażę długości 400 metrów. Leżą na niej plażowicze rozmieszczeni równomiernie. Są też równomiernie spragnieni lodów. Na plaży jest dwóch sprzedawców. Sprzedają identyczne lody na identycznych patykach, w identycznej cenie. Są pazerni i chcą sprzedać jak najwięcej lodów, konkurują więc między sobą. Plażowicze są zaś wyłącznie leniwi i nie mają innych cech – lubią leżeć, nie lubią chodzić i niczego więcej o nich nie wiemy. Wybierają więc zawsze tego sprzedawcę, który jest najbliżej. Problemem jest, gdzie wzdłuż linii plaży ustawią się sprzedawcy. Nie, gdzie stać powinni, ale w które miejsca zaprowadzi ich ewolucja tego prościutkiego układu.

Otóż oczywiście powinni stanąć w odległości 200 metrów od siebie – każdy w środku swojej 200 metrowej połówki plaży, a więc po 100 metrów od końców. Wtedy maksymalny dystans, jaki będą mieli do przejścia plażowicze, wyniesie 100 metrów, a każdy ze sprzedawców będzie miał dla siebie dokładnie połowę rynku. Rzecz w tym jednak, że pomimo niewątpliwej optymalności, jest to układ niestabilny.

Wystarczy, że któryś ze sprzedawców przesunie się w stronę konkurenta, np. o 10 m i wejdzie w ten sposób na jego rynek, a natychmiast dostanie jego część, nie tracąc rynku własnego, bo choć plażowicze z końca będą teraz mieli 110 metrów do przejścia, to jednak nadal ten sam sprzedawca będzie dla nich najbliższy. Pazerny sprzedawca zarobi w ten sposób 5 metrów plaży (będzie miał 110 metrów za sobą, a przed sobą połowę dystansu do drugiego sprzedawcy, zatem 95 metrów, czyli w sumie 205). Jedyną skuteczną reakcją konkurenta, który 5 metrów straci, jest zrobić to samo – podejść bliżej do drugiego sprzedawcy.

W rezultacie tego procesu po szeregu takich posunięć obaj sprzedawcy znajdą się dokładnie w środku plaży. Maksymalny dystans do przejścia zwiększy się dla plażowiczów dwukrotnie. Co interesujące, sprzedawcy będą mieli dokładnie te same rynki i żadnej korzyści nie osiągną. Straty odniosą wyłącznie plażowicze. Co interesujące najbardziej, właśnie ten układ, wysoce nieoptymalny dla plażowiczów – z dwójką sprzedawców w tym samym miejscu na środku – okazuje się najbardziej stabilny. Każdy sprzedawca, który przesunie się o krok z tego miejsca, natychmiast traci. Model dąży więc nieubłaganie właśnie do tego stanu.

Jeśli obaj sprzedawcy staną na jednym z końców plaży, wtedy też – oczywiście – każdy z nich dysponuje połową rynku, bo klienci ich nie rozróżniają i wybiorą losowo, niektórzy z nich po pokonaniu dystansu aż 400 metrów. Ten układ jest jednak niestabilny – i to skrajnie. Ten ze sprzedawców, który przesunie się w stronę środka choćby o metr, dostanie niemal całą plażę, pozostawiając konkurentowi jedynie półmetrowy margines.

Gdziekolwiek staną sprzedawcy, chciwość każe przynajmniej jednemu z nich – na pewno zaś temu, który aktualnie traci – zbliżyć się do drugiego. Cała dwójka będzie się zaś zawsze przesuwać w stronę środka. Proste. I nieuchronne.

Model można komplikować. Np. dodając do płaskiej plaży wzgórza, czy też wydmy, efektywnie zwiększające wysiłek plażowiczów. Nic się nie zmieni w logice. Wystarczy zastąpić metry „metrami przeliczeniowymi” lub np. kaloriami potrzebnymi do pokonania dystansu i choć ów środek – miejsce spotkania sprzedawców – przesunie się odpowiednio do tego, logika pozostanie dokładnie ta sama. Zaskakujące jest jednak to, że również zmiany opisu bodźców warunkujących zachowania sprzedawców i plażowiczów, nie zmieniają na ogół w żaden sposób dynamiki układu. Mogą być źródłem „lokalnych drgań” w systemie, ale nie naruszą kształtu przestrzeni zdarzeń, której matematyczny model zamienia plażę na powierzchnię wygiętą na kształt U, a sprzedawcy będą na tej powierzchni jak kulki, które do środka stoczą się zawsze. Komplikacje systemu będą jak zmarszczki na powierzchni U. Owszem, wprowadzą lokalne turbulencje, kulki jednak i tak stoczą się tam, gdzie się stoczyć muszą. Zmiana warunków opisujących motywacje może zmodyfikować przestrzeń globalnie, a nie tylko dodając „zmarszczek” – dno siodłowatego U może się przesunąć, ale i tak będzie istniało i kulki spotkają się właśnie tam. Trzeba by się nieźle nakombinować, by kształt U zmienił się w W – z dwoma „siodłami” satysfakcjonującymi plażowiczów.

Komentarz

  • Logika modelu jest tak przemożna, że nie potrzebujemy niczego mierzyć, spoglądając na plażę z oddali bujającego się leniwie na falach materaca i z jakichś powodów zainteresowani, gdzie dokładnie plaża ma środek – wystarczy spojrzeć, gdzie stoją sprzedawcy. Gdyby sprzedawca był jeden, może stać gdziekolwiek – np. w wygodnym cieniu. Jeśli jest ich wielu – nie tylko dwójka – ustawią się w środku z dokładnością do rozmiarów własnego ciała.

    Dwie partie na wolnym rynku

    Ów prymitywnie prosty model opisuje oczywiście logikę zachowania polityków w dwupartyjnym systemie i wyjaśnia, dlaczego partie muszą się do siebie zbliżać programowo, z czasem stając się nie do odróżnienia. Aborcja, „kompromis aborcyjny”, polityka wobec problemu uchodźców, emerytury mundurowych, przywileje górników – niezmienność polityki w tych i wielu innych kwestiach, pomimo rozmaitych politycznych wojen i zmian frontów, ma oczywiście właśnie takie źródła. Wiemy, że tak jest i narzekamy na to. Czasem czujemy, że tak być musi, ale rzadko uświadamiamy sobie, z jakim mechanizmem mamy tu do czynienia.

    Mechanizm jest zaś w istocie ten sam. Skoro większość Polaków jest przeciw przyjmowaniu uchodźców – kombinuje Schetyna, lider „liberalnej” PO – należy „zmodyfikować przekaz” i przesunąć się „odważnie” o 50 m w stronę PiS na plaży: PO zademonstruje więc sprzeciw wobec obowiązkowych kwot uchodźców, będzie się domagała „pomocy w miejscu powstawania problemu”, zażąda uszczelnienia granic Unii itd. W stosunku do lodziarzy tylko jedno rozróżnienie jest istotne: nie wolno mówić identycznie, bo nie o to chodzi, żeby się fizycznie zespolić z konkurentem, należy pozostać „innym lodziarzem”, chodzi tylko o to, żeby stanąć w tym samym miejscu.

    Motywacje ludzi w wyborach są oczywiście bardziej złożone niż proste lenistwo plażowiczów. To jest zresztą interesujące zwłaszcza dla tych z nas, którzy szukają możliwości przełamania obezwładniającej logiki konwergencji i szukają przestrzeni o kształcie raczej W niż U. Niektórzy wyborcy są więc przywiązani do tradycji i zwracają uwagę na ubiór sprzedawcy – są w stanie nałożyć drogi, byleby dojść do tego w niebieskiej koszulce, albo w czerwonej. Faceci polecą do pięknej dziewczyny – i nie będą im straszne żadne wydmy po drodze.

    Cóż, W nie jest tak łatwo osiągalne, w polityce wolno nawet więcej niż na plaży – w sytuacji konkurencji z dziewczyną drugi sprzedawca natychmiast zmieni płeć, a potrafi to robić na zawołanie. Widzieliśmy Millera cudownie zamienionego w Ogórek, a choć nie na wiele się to zdało, to klęska nie brała się nie tyle z nieadekwatności modelu, co z braku danych o plażowiczach, których zamroczony upałem i porażony wdziękami Leszek Miller po prostu nie był w stanie dostrzec. Tak, czy owak najważniejsze w tych rozważanych odstępstwach od modelu jest zrozumieć, że zmiana płci, barw, czegokolwiek – wszystko to tłumaczy się jednak wciąż na ten sam element modelu sprzedawcy: na kroki w stronę konkurenta lub w stronę środka. „Metry przeliczeniowe”, kalorie, cokolwiek – logika jest wciąż ta sama. I kształt U też.

    Patrii może być więcej niż dwie. Stanie się z nimi to samo, co dzieje się ze sprzedawcami. Logika przestrzeni każe każdemu próbować wejść na rynek sąsiada – sprzedawcy uformują się w „roje”, niemal na pewno elementem ewolucji będą dwa takie, które w końcu zleją się w jeden – na środku plaży.

    Energetyczny potencjał zmian

    Jest ujemny.

    Stabilny stan dynamicznego układu – tym w istocie jest bliźniacze podobieństwo dwóch konkurujących ze sobą partii politycznych. Utrzymanie układu optymalnego ze sprzedawcą w środku swojej połówki plaży wymagałoby utrzymania stanu nierównowagi, a to z kolei żąda energii – tak to bywa w świecie fizyki, o czym na ogół wiemy, oraz w świecie matematyki, o czym już słyszało tylko niewielu z nas.

    Przywykliśmy wierzyć, że nieregulowany rynek prowadzi do stanu równowagi. Owszem, stabilny stan jest względną równowagą dynamicznego układu. Równowaga nie oznacza jednak optimum, jak to już widzimy wyraźnie. „Niewidzialna ręka rynku” jest z punku widzenia leniwych plażowiczów przekleństwem, nie błogosławieństwem.

    Na plaży trzeba by było przepisu, który każe sprzedawcom dostać np. koncesję na handel i związania tej koncesji z wyraźnie określonym miejscem, albo kawałkiem plaży. Sprzedawcy nie są tym jednak zainteresowani. Im bez różnicy. Owszem, gdyby byli empatyczni wobec klientów, mogliby dojść między sobą do porozumienia w tej kwestii. Jest jednak naiwnością zakładać u sprzedawców cokolwiek poza chciwością. Chcą zarobić, po to się na plaży zjawiają i tylko tego możemy być pewni. Nie wykluczając ich empatii, nie wolno jednak na niej polegać – system musi działać również wtedy, kiedy sprzedawcy to dranie. Draństwo sprzedawców nie jest właściwie wadą, podobnie jak cynizm polityków – jest cechą potrzebną w konkurencji.

    Źródłem zmian – np. twórcami przepisów o koncesjach – mogą zatem być wyłącznie plażowicze. Ale w prostym modelu plaży to się nigdy nie zdarzy, a powodem tej pewności jest fakt, że utrzymanie stanu nierównowagi wymaga energii. Plażowicze zaś – jako się rzekło – są wyłącznie leniwi. Prawo trzeba by ustalić i wprowadzić. Trzeba by podnieść się z koca, przejść do sąsiada, kilka rzeczy uzgodnić, np. zebrać się w jednym miejscu. Trzeba by przejść dystans znacznie większy od tego wymaganego, by dostać upragnionego loda. A potem jeszcze trzeba by się wciąż podnosić, by wypełnienia prawa pilnować. To się więc nie zdarzy. Bo to się nikomu nie opłaca.

    Co również wyjaśnia – wbrew przekonaniom tak częstym, że już obiegowym – dlaczego na ogół daremne są wyczekiwania „wkurwu” w wyniku naruszenia jakichś istotnych interesów wyborców i następującej potem mobilizacji. Psychologia – już nie sama matematyka – zna przynajmniej równie częste zjawiska odwrotne: silny deficyt potrafi paraliżować bardziej niż niewielki, a kluczowy okazuje się nie „wkurw”, tylko inny warunek konieczny: świadomość, że zmiany są realne i niezbyt trudne. Spodziewany wydatek energii – to się liczy. Energetyczny bilans. Do jego nieświadomej, ale wciąż prowadzonej i bardzo precyzyjnej kalkulacji przygotowała nas ewolucja w ekstremalnie trudnych warunkach walki o przetrwanie. Nie byłoby nas na świecie, gdybyśmy nie umieli kalkulować opłacalności wydatków energii. Na sawannie, gdzie walczyliśmy o przeżycie, nie było ani partii, ani sprzedawców lodów, żyliśmy w grupach nieporównanie mniejszych niż dzisiejsze społeczności, do których ewolucyjnie przystosowani jesteśmy słabo. Ukształtowani w ten sposób nie podniesiemy się z koca na plaży, ani nie zrobimy rewolucji, która zniosłaby polityczny układ dwóch partii – jeśli powodem ma być racjonalna potrzeba skrócenia drogi do faceta z lodami.

    Spokojnie, to tylko fikcja
  • A dowodem fikcji jest PiS. Przypuszczam, że trochę to się wyda skomplikowane… Chodzi w każdym razie o to, że mamy inne powody niż sama tylko ochota na lody.

    Dość długi cytat pozwolę sobie zaprezentować w nadziei wybaczenia nielubianej matematyki, którą tu zasunąłem niczego się niespodziewającym ofiarom. Autorką jest Chantal Delsol, francuska antropolożka, uczennica Arendt co prawda, ale równocześnie „prawaczka”, widząca w oświeceniowej tradycji praw człowieka i ładu społecznego opartego na autonomicznej wolności jednostki źródło współczesnych zagrożeń totalitarnych. Celowo cytuję akurat tę skądinąd dość obcą mi konserwatystkę i akurat taki fragment, który mimo to jest szalenie mi bliski (Czym jest człowiek? Kurs antropologii dla niewtajemniczonych):

    Jakieś 100 000 do 80 000 lat temu neandertalczycy zaczęli grzebać swoich zmarłych, choć prawdopodobnie robili to w sposób niesystematyczny. Sprawienie pochówku to nie tylko przykrycie zwłok, ale również rytuał: zmarły zostaje ułożony w specjalny sposób, otacza się go pewnymi przedmiotami, ubiera się go lub przystraja. Te rytuały świadczą o pewnym wyobrażeniu śmierci, być może zaświatów, w każdym razie – o pewnym wyobrażeniu człowieka. W grocie Szanidar w Kurdystanie (60 000 lat p.n.e.) znaleziono szczątki siedmiu osób, w tym dziecka. Ich zwłoki zostały umieszczone na łożu z kwiatów. […] Dlaczego paleontolodzy uznają, że duża małpa staje się człowiekiem, kiedy zaczyna grzebać swoich bliskich? Ponieważ prawdopodobnie wtedy pojawia się świadomość śmierci, zdziwienie i smutek z jej powodu. Pytanie, które rodzi się w mózgu tej istoty, jest bardzo ważne. Można wręcz powiedzieć, że stanowi już podstawowe pytanie, na które nigdy nie udzielono pewnej odpowiedzi. Inaczej mówiąc, kiedy około 100 000 lat temu neandertalczycy po raz pierwszy grzebią swoich zmarłych, rodzi się pytanie, którego nie pozbędzie się żadna cywilizacja. Oto prastare włochate zwierzę dotyka palcem najwyższej tajemnicy. Wskazuje na gordyjski węzeł, którego nie zdoła rozwiązać żadne późniejsze wyrafinowanie. […] O czym więc świadczy świadomość śmiertelności? Jednocześnie o świadomości bycia sobą i o świadomości tego, że jako istoty jednostkowe żyjemy w czasie. Bycie sobą to bycie tym szczególnym, odróżnionym bytem, który odróżnia właśnie owo podążanie w przepaść od własnych narodzin do własnej śmierci. Jeżeli dowiaduję się, że muszę umrzeć samotnie w przeznaczonej mi godzinie, to znaczy, że istnieję jako byt samotny. Idea własnej śmierci odkrywa przed człowiekiem tę samotność i tę jedyność, ponieważ widzi on dobrze, czego mu brakuje. […] Odkrywając pewność własnej śmierci, człowiek odkrywa swoje znaczenie. […] Dowiaduje się, że jego śmierć oznacza zniknięcie pewnego punktu widzenia na świat. […] Wyrafinowane zwierzę, które zrytualizuje własną śmierć, stworzy następnie kosmogonie.

    I to nie tylko te z Księgi Rodzaju, ale również teorie względności, kwantów i wielkiego wybuchu. I nie tylko kosmogonie, ale człowiek stworzył również Facebooka i systemy partyjne…

    Otóż jeśli człowiek ma się nie poddać przemożnej logice modelu sprzedawcy lodów i ma przezwyciężyć własną, ukształtowaną ewolucyjnie skłonność do kierowania się prostym optimum bilansu energetycznego, to może polegać wyłącznie na tym, co go wyróżnia jako człowieka właśnie. Niewątpliwie ani rytualne grzebanie zmarłych, ani malowanie na ścianach Lascaux energetycznie optymalne nie było. Tę stratę energii człowiek akceptuje w imię realizacji potrzeb specyficznego, innego rodzaju. Człowiek potrzebuje mianowicie przede wszystkim sensu własnej, ograniczonej egzystencji.

    Wracając na plażę – nie da się, jak widzieliśmy, apelować do plażowiczów o stworzenie prawa, które by kazało stać sprzedawcom lodów w optymalnych miejscach, ponieważ potrzebny do tego wysiłek znacznie przekroczy ten, po którym loda dostaje się przy skrajnie niekorzystnym położeniu. Należy zaniechać argumentacji apelującej do tak pojmowanych potrzeb, należy apelować do innych potrzeb człowieka. Jakich?

    Delsol wskazałaby je chętnie. Powiedziałaby o trosce o ciągłość ludzkiej egzystencji być może. Tej egzystencji, która przekracza indywidualną egzystencję człowieka – przez Delsol cenioną umiarkowanie. Z tej perspektywy warto byłoby nachodzić się po naszej plaży teraz – ponad bieżącą opłacalność – po to wyłącznie, by następni plażowicze, przyszłe pokolenia, że tak powiem, miały po swoje lody bliżej. Albo w trosce o wspólnotę – ona również jednostkę przekracza. Jeśli wspólnota plażowiczów zacznie dla nich stanowić wartość osobną i osobny cel, wart sam w sobie chodzenia po kostki w piachu – wtedy kalkulacja wydatku energetycznego daje zgoła inny wynik, bo po drugiej stronie równania stoi już co innego niż tylko odległość od sprzedawcy. Trudno powiedzieć, co mianowicie, ale na pewno coś innego. Tak, czy owak trudna do zdefiniowania, dla mnie bardzo prawicowa Delsol odwołałaby się do wartości wspólnotowych i należy zauważyć tu rzecz niezwykle ważną. Istnienie takich wartości wśród ludzi na plaży potrafi mianowicie natychmiast unieważnić logikę modelu sprzedawców, bo on zakłada wyłącznie indywidualny interes i indywidualne motywacje.

    Przy tej okazji kolejny fragment Delsol wyjaśni, dlaczego ci spośród ludzi w Polsce rzeczywiście myślących i w dodatku – w co nam trudno uwierzyć – myślących po PiS-owsku konserwatywnie, uważają szczerze, że bronią kultury przed nihilizmem zachodniego indywidualizmu i niepuste racje za nimi stoją, a nie wyłącznie nienawistny bełkot. Coś rzeczywistego próbują oferować być może. Pisze Delsol (Nienawiść do świata. Totalitaryzmy i ponowoczesność):

    Z punktu widzenia wynaturzonego Oświecenia francuskiego, historia ludzi jest powieścią, której autorami jesteśmy my sami.(…) Zastąpienie metafizyki historią jest swoiste dla nowoczesności. W społeczeństwach totalitarnych kondycja ludzka była dekretowana przez krwawą władzę. Dziś piszą ją prawomyślne elity. Politycznie poprawne – chciałoby się rzec. [P.K.]

    (…) Dlatego twierdzi się, że można skodyfikować całość ludzkiego poznania. Komunizm mówił, że zawrze całą ludzką wiedzę w jednej książce. Dziś słyszymy, że całą wiedzę zawiera Google. Jeśli świat ludzki jest powieścią, którą sami piszemy, to panujemy nad jego złożonością i prostotą. Bóg Biblii znał świat, ponieważ go stworzył. Dziś świat tworzymy my – a zatem mamy go w rękach…

    (…)Wraz z zalewem ideologii emancypacyjnej nasz świat opuścił zdrowy rozsądek, to jest zdolność widzenia oczywistości i truizmów. (…) Skutkiem tryumfalnego marszu emancypacji okazało się zepchnięcie zdrowego rozsądku w otchłań zapomnienia, na śmietnik historii.

    (…)Dominująca obiegowa ideologia przeczy (…) twierdzeniom stanowiącym gwarancję starego świata, którego należy się czym prędzej pozbyć, by znaleźć się w świecie przyszłym, w którym wilki nie będą już mięsożerne(…), w którym całkowity zakaz różnic poziomów w edukacji uniemożliwi jakiekolwiek porównania, w którym propaganda szkolna nawróci wszystkie dzieci pochodzenia cudzoziemskiego na laickość w sensie francuskim, bliską wojującemu ateizmowi, i w którym autorytet rodzicielski, nazbyt często nadużywany, nie będzie już potrzebny.

    (…) Relatywizm, wedle którego wszystko jest dozwolone, to jedynie przynęta. Zachwala szał niszczenia, gdyż zawsze jest atrakcyjny. Nie mówi się jednak, że jest on jedynie narzędziem, przy pomocy którego prawie potajemnie narzuca się nowe konstrukcje, niekiedy bardziej opresyjne niż świat, który porzucamy.

  • Nie każdy zestaw celów i wartości indywidualnych zadziała jednak tak samo, jak potrzeba lodów i być może niekoniecznie trzeba wybierać wartości wspólnotowe. Inne potrzeby – wystarczająco silne – mają szanse przekształcić powierzchnię U w W. Sam mam inne preferencje aksjologiczne, ulubione wartości Delsol, owszem, cenię, ale nie wtedy, kiedy one – zgodnie z konsekwentną postawą aksjologicznego konserwatyzmu – wykluczają wartości wyemancypowanej jednostki. Powiedziałbym zatem plażowiczom o godności, którą obraża arogancja sprzedawców, widzących w nich wyłącznie obiekty i ignorujących ich potrzeby. Powiedziałbym może o sprawiedliwości naruszonej specjalnym statusem aroganckich sprzedawców. Na pewno nie proponowałbym jednak dealu polegającego na skróceniu koniecznej do przejścia drogi – bo byłaby to jawnie nieprawdziwa oferta.

    Ludzie potrzebują sensu – a nie tylko sam bym tego chciał i chce tego cytowana Chantal Delsol. Czytamy zdania Delsol o włochatym zwierzęciu dotykającym palcem najwyższej tajemnicy, o gordyjskich węzłach nie do rozwiązania, o duchowych sekretach egzystencji – dlatego to wszystko czytamy z takim zainteresowaniem, że sami szukamy sensu. Zawsze słuchaliśmy o tym sag przy ogniskach, jeszcze zanim umieliśmy czytać.

    Do publicystów i dziennikarzy

    Tych oczywiście, którzy jeszcze nie zasnęli…

    W dzisiejszej Polsce tylko PiS opowiada sagi. Niekoniecznie umie je opowiadać – są koszmarnie wykręcone i głęboko niemoralne – ale PiS przynajmniej próbuje. Nie tylko próbuje – własnym koszmarnym etosem zdołał wygnieść w przestrzeni zdarzeń siodłowate zagłębienie na tyle duże, że ciągnie w nie wszystkich innych.

    Nie da się liczyć na polityków i partie. Są sprzedawcami lodów, takie są ich nieprzekraczalne dla nich samych ograniczenia. Liczyć być może da się na media, organizujące świadomość plażowiczów.

    Nie opowiadajcie nam o lodach na patyku. O rozsądnie rozważonych kalkulacjach odległości do pokonania. O tym, czy one działają efektywnie, czy nie. Czy zapewniają nam komfort na plaży. Ani o ciepłej wodzie i powrocie błogiej normalności. Może i tego chcemy, ale w tym akurat celu nie opłaca się nam nawet podnieść tyłków z koca. Opowiadajcie sagi o wartościach.

    To może być spóźniony apel, bo sami już możecie być sprzedawcami. Przez pokolenia żyliście w świecie, który od sag stronił, każąc zresztą unikać – jako zbyt skomplikowanych – nawet tak skrajnie wyzutych z aksjologii lektur, jak ten fragment powyżej, poświęcony mechanicznym aspektom socjologii ujętej w model plaży. Od pokoleń was, przekonanych, że treść musi być prymitywnie prosta, by dotarła do odbiorcy, zastępują inni – ci, do których swoje proste treści adresowaliście.

    Jeśli jednak jeszcze jakimś cudem przeżył wśród was ktoś, kto umie opowiadać sagi, niech je opowiada. Nie wyjdziemy bez nich z dołka wygniecionego przez PiS.



    Dla wytrwałych :)

    Tytuł tekstu to  

    Dwie partie i bilans energetyczny – matematyka sprzedawców lodów


    a napisał go Paweł Kasprzak, jako lider grupy Obywatele RP, skądinąd człowiek sympatyczny i rozsądny, który, jak mi się wydaje, zaplątał się we własne (lewicowe) portki. 
    :smile:  

  • edytowano 6 listopad
    Teraz, dla jeszcze bardziej wytrwałych, krótka polemika.

    Napisał Paweł Kasprzak:

    Jeśli jednak jeszcze jakimś cudem przeżył wśród was ktoś, kto umie opowiadać sagi, niech je opowiada. Nie wyjdziemy bez nich z dołka wygniecionego przez PiS.


    Otóż, na moje oko, są dwa rodzaje opowieści, które oddziałują na ludzi z wielomilionoletnią siłą

     - jaki jest świat (to do niej musimy się przystosować, by społeczność się nie rozleciała, i ona jest na globalną skalę obiektem medialnej manipulacji)

     - opowieść o naszej rodzinie, o jej przeszłości i przyszłości, której emanacją jest naród i nacjonalizm (nasza rodzina i nasz naród są ważniejsze niż inni)
       i jest to jednocześnie jedyna opowieść, która przez swe ewolucyjne znaczenie, ma szansę przeciwstawić się manipulacji dokonywanej na tej pierwszej .

Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.