"Rząd woła do kobiet, by wyszły z kuchni"

edytowano sierpień 2007 w Ogólna
Żeby było jeszcze mniej sprawiedliwie?
from CyberSylwa by Paweł Milcarek

Przeczytałem depeszę Rząd woła do kobiet, by wyszły z kuchni. Ręce opadająâ??

Ja bardzo dobrze wiem, że kobietom nie jest łatwo - także i one, nasze panie, niosą brzemię, które spadło na nas po grzechu pierworodnym. Ich brzemię jest prawdopodobnie nawet cięższe niż to nasze, męskie. A w każdym razie jest to brzemię, w którym z okrutnym bólem związane zostało szczęście macierzyństwa, zaś inne jego radości też są dokładnie przeplatane ze zmęczeniem. Widzę to od lat, i widzę to z bliska.
Wziąwszy to wszystko pod uwagę, jestem w stanie zrozumieć te panie, które od całej tej przygody się uchylają - tak jak rozumie się człowieka, którego jakaś trudna ludzka misja po prostu przerosła. Mówię to bez krztyny sarkazmu, a ze współczuciem dla ludzkiej słabości. Zrozumieć to jednak nie znaczy, tym razem, uznać, że taka niezdolność do standardowego kobiecego heroizmu jest po prostu inną opcją życia, tak samo dobrą jak zwykły bieg rzeczy.

Teraz PiSowski rząd chce â??dowartościować" kobiety marzące o tym, by â??nie siedzieć w kuchni" (czy także o tym, by nie posiedzieć na fotelu w pokoju stołowym?). W praktyce rząd chce pogładzić po głowie te panie, które wolą zawodową karierę niż prowadzenie domu.

Rząd chce więc zostać owym księciem, który przybędzie do naszych pań - zamkniętych w wieży z obowiązków domowych - i uwolnić je, a potem stać się patronem czy sponsorem ich â??nowego życia".

O tym, czy taki rządowy sponsoring karier jest czymś słusznym - można by długo, i może innym razem. Przyjmijmy tymczasem, że rząd może sobie bywać takim â??księciem", gdy zechce. Jednak jest w tym wszystkim jakaś ciężka niesprawiedliwość: właśnie w tym, że spełnienie czyichś marzeń o karierze poza-domowej zostaje tutaj znów mocno postawione przeciw czyjejś wierności karierze pani domu. I nie chodzi o wymiar symboliczny: jeśli państwo zajmie się fundowaniem lepszych warunków kobietom szukającym zatrudnienia na rynku pracy, to znaczy dokładnie tyle, że kobiety zostające w domu odczują to jako jeszcze mocniejsze pognębienie ich ważnej roli. I dzisiaj nie otrzymują one bowiem od państwa żadnych oznak solidarności (o tym jak bardzo jest to odczuwalne, napisze kiedy indziej) - a teraz dodatkowo okaże się, że państwo rozkładające wobec nich ręce w geście â??nic nie możemy, radźcie sobie sami" - wobec kobiet szukających spełnienia poza domem okazuje się nagle o wiele życzliwszym kompanem, a może i sponsorem.

Zdziwię się, jeśli naszych pań domu krew nie zaleje na widok tego, jak ich pozycja staje się jeszcze bardziej niesprawiedliwie określona przez państwo w IV RP. Zdziwię się, jeśli w tych warunkach znowu następne kobiety nie zdecydują się iść tam, gdzie - mimo wszystko - będzie łatwiej, zostawiając za sobą dom i dzieciâ?? ech, jakie tam dzieci!

Tego właśnie chcecie, dobrodzieje z rządu, który obiecywał Polskę solidarną? Właśnie tego, żeby spełniać marzenia za cenę sprawiedliwości? Co mianowicie macie do powiedzenia tym paniom, które są blisko swych dzieci, nie faszerują ich niepotrzebnie antybiotykami i nie zostawiają w ochronkach na cały dzień, odrabiają z nimi lekcje, pilnują ich rozwoju, chodzą na spacery, gotują obiady niedofinansowane przez gminę itp. itp. itp. itd.? Co im powiecie, dystrybutorzy dobra wspólnego?

Pani poseł Szczypińska jest dla nich pełna uznania, i nawet czapkę z głowy gotowa zdjąć na ich cześć. Myślę, że to nie wystarczy. Nie taka miała być nasza Polska solidarna. Miała być bardziej sprawiedliwa - a chce być niesprawiedliwa jeszcze bardziej.

Komentarz

  • zgadzam się z autorem.
  • Sama akcja jest dobrym pomysłem, ale powinno się jednocześnie dowartościować pracę w domu i sensownie pomagać także tym kobietom, które chcą zostać w domu i poświęcić się rodzinie. A na to niestety brakuje pomysłów i pieniędzy.
  • Znowu wyrzucanie pieniędzy w błoto. :devil: Najwięcej to skorzystają panie (panowie zresztą też) zatrudnione jako owi "eksperci" na infolinii, dyrektorzy i twóry strony a także specjalnie do tego celu powołani urzędnicy :angry:

    Zamiast konkretów czytaj: ULG PODATKOWYCH dla dzieciatych PROPAGANDA !!!

    Socjalizm walczy z problemami nieznanymi w kapitaliźmie.
  • Śpiochu - te słynne ulgi to też propaganda którą niechcący łyknąłeś - TO ZA MAŁO :cool:
    Zgoda, te rządowe, Sejmowe, PO czy PiS, to jedna wielka lipa !!!

    Tu potrzeba radykalnych rozwiązań a nie pseudo-stron internetowych i rad pseudo-ekspertów czy też pseudo-ulg !

    Rząd, Sejm ten czy inny tu zabierze a tam da. Nie ma woli zostawienia pieniedzy w kieszeniach podatników. Politycy wiedzą lepiej jak wydawać naszą kasę. My przecie jesteśmy nieodpowiedzialni!



    :devil::devil::devil:
  • Konkrety:
    1) dofinansowuje się przedszkola - ale dlaczego niedofinansowuje się kobiet które w domu mają mini-przedszkola? A może lepiej nikogo nie dofinansowywać?

    2) ...

    Proszę dopisujcie inne bezsensowne projekty, które to niby wspierają rodzinę a de facto obiążają budżet i nie pozwalają na zmniejszenie podatków czy też wprowadzenie ulg.
  • Ciekawy głos:

    Staniszkis: Kobieta przedsiębiorca? To nie wystarczy

    Rząd zamierza się właśnie zaangażować w kolejną szumną akcję, która być może znów zakończy się niewielkimi efektami. A odpowiedź na pytanie, czy tradycyjny model rodziny z kobietą pracującą w domu ma jeszcze sens, nie jest łatwa - pisze w DZIENNIKU socjolog prof. Jadwiga Staniszkis.

    Z jednej strony nieporównanie bardziej niebezpieczne stało się w Polsce dzieciństwo; pojawiły się zagrożenia, o których mnie się nie śniło, kiedy wychowywałam córkę. Problem narkotyków czy przemocy w szkole sprawia, że rola wychowawcza matki stała się nieporównanie trudniejsza - dziś odpowiedzialna matka nie wypuszcza na podwórko dziecka z kluczem na szyi.

    Tymczasem w Polsce nie istnieje całościowa struktura opieki nad dzieckiem - zniknęły świetlice, w których można było bezpiecznie i ciekawie spędzać wolny czas. Rozbite zostały więzi sąsiedzkie: nikt nie wie, czyje dziecko bawi się samotnie w piaskownicy albo na trzepaku. W takim środowisku ciężar odpowiedzialności za dziecko spada niemal wyłącznie na matkę. To ona musi je uchronić przed patologiami, o których tak wiele się na co dzień słyszy. Nawet moja córka z amerykańskim doktoratem z matematyki siedzi teraz w domu z trójką dzieci i ma pełne ręce roboty, by zapewnić im bezpieczne dzieciństwo, ale nie tylko. Tzw. klasa średnia zwraca dziś baczną uwagę na rozwój dzieci - już najmłodsze uczestniczą w różnych zajęciach, które przygotowują do ostrego współzawodnictwa. I matki są tu pod względem logistycznym nieodzowne.

    Właśnie w takiej sytuacji minister Joanna Kluzik-Rostkowska namawia panie, by "wzięły sprawy w swoje ręce" i założyły firmę. Nie tędy droga! Wprawdzie badania pokazują, że kobiety lepiej niż mężczyźni dają sobie radę w średnim i małym biznesie, ale nie jest to recepta na skalę masową, bo w zglobalizowanej gospodarce trudno o niszę dla takich przedsięwzięć. Aspiracje kobiet, ich chęć bycia potrzebną i dodatkowe pieniądze dla rodziny niekoniecznie muszą pochodzić z działalności gospodarczej w pełnym tego słowa znaczeniu. O wiele bardziej potrzebna jest drobna działalność kobiet w ich najbliższym środowisku. Kilka godzin dziennie spędzonych sensownie może dać te kilkaset złotych do domowego budżetu, a jednocześnie umożliwi ciągłą opiekę nad własnymi dziećmi, zwłaszcza tymi, które nie chodzą jeszcze do przedszkola.

    Nie chodzi o wielką przedsiębiorczość lecz o coś, co nazwałabym usługami osiedlowymi. Można by przecież w każdym bloku uruchomić w jednym z wolnych pomieszczeń np. świetlicę, do której matka mogłaby przyjść ze swoim maluchem, a jednocześnie zająć się dziećmi sąsiadów. Niech tam będą szachy, komputer czy skrzynka z lekturami szkolnymi - to wystarczy, by ściągnąć chociaż niektóre dzieci z patologicznych podwórek. Do tego nie potrzeba ani wielkich nakładów, ani żadnych formalności. Gdyby zamiast wielkiej rządowej akcji propagandowej z machiną urzędniczą i środkami unijnymi uruchomić w gminach małe fundusze na takie cele, z pewnością przyniosłoby to większy pożytek. I niech z tego będą nawet pieniądze mniejsze niż najniższa pensja - to przecież i tak dodatkowe kilkaset złotych w rodzinie.

    A pomysłów na małą działalność jest mnóstwo. Każde osiedle czy spółdzielnia ma moc takich niezaspokojonych potrzeb i same najlepiej powinny wiedzieć, jak te luki zapełnić, uaktywniając przy tym kobiety. Niech to będą choćby punkty biblioteczne. Wciąż pamiętam panią, która w moim dzieciństwie wypożyczała książki wycofane z bibliotek - była dla mnie bardzo ważnym elementem świata! Pamiętam też inną, która w domu kultury prowadziła zajęcia z historii sztuki - w dobie socrealizmu pokazywała nam coś zupełnie nowego, dając przy tym podstawy na resztę życia.

    Przecież to kosztuje bardzo niewiele: wystarczy kilka książek, może komputer, pokoik z ubikacją udostępniony przez samorząd osiedla na kilka godzin dziennie. Podobnie jest ze żłobkami czy przedszkolami rodzinnymi zakładanymi przez mamę, która sama ma małe dziecko. To dziś dużo bardziej potrzebne niż kolejne firmy zbudowane za kredyty, obciążone podatkami i składkami na ZUS. Warto by też pomyśleć o odbudowaniu chałupnictwa, wrócić do idei spółdzielni pracy, które mogłyby zlecać kobietom drobne zajęcia do wykonania w domu np. poprawki krawieckie. Kiedyś na wsiach działały klubokawiarnie - można było tam wejść, spotkać sąsiadów, przeczytać gazetę. Dziś wieś to kulturalna pustynia. Ludzi nie stać na codzienną prasę, więc w wielu miejscowościach jej po prostu nie ma, a jedynym budynkiem publicznym jest kościół.

    Coraz większym problemem polskiego społeczeństwa staje się opieka nad osobami starszymi. Dlaczego niedołężnym sąsiadem nie miałaby się zająć młoda matka mieszkająca w pobliżu? Niechby mu - za drobną pensję wypłacaną przez ośrodek pomocy społecznej - zrobiła zakupy, ugotowała zupę, posiedziała przy nim kilka godzin, nawet z dzieckiem w wózku. Czemu by niewielkim nakładem sił i środków nie odbudować tej społecznej sieci wzajemnych usług? To z pewnością byłoby efektywniejsze, niż utrzymywanie dziesiątek etatów dla pań, które przychodzą do biura, by napić się herbaty. Takie rozwiązania sprawdzają się choćby w Wielkiej Brytanii - również dlatego, że okazały się po prostu tańsze. Uznano tam, że pełna komercjalizacja usług społecznych prowadzi do zaniku więzi międzyludzkich. Stąd próba zmiany modelu na minimalnie płatny wolontariat.

    Byłoby dobrze, gdyby państwo - jeśli już w takiej aktywności nie pomaga - przynajmniej nie przeszkadzało. Niech takie drobne formy pracy kobiet zostaną zwolnione z podatków - może o takie rozwiązanie zawalczy minister Kluzik-Rostkowska? Na to nie potrzeba wielkich nakładów - wystarczy dobra organizacja, pomysłowość jednego "urzędnika-społecznika" w gminie, kilkaset złotych miesięcznie na pensję. Nie potrzeba wielkiej medialnej akcji z zadęciem, w której prawicowy rząd za wszelką cenę chce pokazać, jak bardzo dba o kobiety.

    źródło
  • Mi też te pomysły się podobają.
  • Powiem tak, 5 lat prowadzę dom i jako feministkę, zawsze mnie wk... jak ktos mi mówi "ach, znaczy się nie pracujesz..."
    pracuję
    w domu
    nawet jesli kobieta jest całe zycie kurą domową, jak moja babcia, żoną przy mężu, to powinno to być jak najbardziej szanowane, na równi z praca poza domem.

    Ja wcale nie chcę wychodzic z kuchni, ja kocham mój dom !!!
Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.