Bez kar i nagród

1235789

Komentarz

  • Przechodniom nie dogodzisz, jedni zarzucą bezstresowe wychowanie a drudzy, że się dziecko męczy. Zawsze mnie to intryguje, z którego stronnictwa krytykant jest, bo najpierw jest wstępne oburzenie, takie samo u jednych i drugich. Brak czapeczki, czapeczka, dziecko jedzie w wózku a nie idzie, albo właśnie idzie i się zmęczy. Na szczęście z najmłodszym dzieckiem będę wyglądać na młodą babcię a babciom się nie podskakuje ;)
  • To chyba nie kwestia stronnictwa. To się dostosowuje do bieżących okoliczności.

    Biskup Ignacy Krasicki, za LaFontainem, ku nauce:

    MŁYNARZ, SYN JEGO I OSIOŁ

    Nie wiem, gdziem ja to czytał, ale mniejsza o to.
    Miał jeden Młynarz Osła: tak zmęczył robotą,
    Iż nie wiedząc, co robić,
    Wolał sprzedać, niż dobić.
    Woła Syna wyrostka, co go w domu chował,
    I rzecze: «Żeby się nasz Osioł nie zmordował
    W długiej drogi przeciągu,
    Zanieśmy go na drągu.»
    Dźwiga stary i stęka, chłopiec jeszcze gorzej.
    Im szli dalej, im szli sporzej,
    Tem srożej trud uciemiężał,
    Tem bardziej im Osioł ciężał.
    Gdy to postrzegli,
    Ludzie się zbiegli;
    Śmiechy się wzniosły:
    «Wzdyć to trzy osły!
    A ten najmniej, co na drągu.»
    Niekontent Młynarz z zaciągu,
    Rozumu się poradził,
    Syna na Osła wsadził.
    Aż pierwszy, co napotkał, nuż się gniewać o to.
    «Ty na Ośle, niecnoto,
    Rzekli do chłopca: a stary pieszo?»
    Więc do kijów gdy się spieszą,
    Aby ich złość nie uniosła,
    Zsadził Syna, wsiadł na Osła.
    Przechodziły dziewczęta; mówi jedna drugiej:
    «Patrz, biedny chłopiec! jak do wysługi
    Ten stary go używa.
    Dziecię z pracy omdlewa,
    A dziad niemiłosierny,
    Choć dzieciuch tak mizerny,
    Pieszo go iść przymusza.»
    To starego gdy wzrusza,
    Wsadził chłopca za siebie.
    Że dogodził potrzebie,
    Jedzie, kontent z wynalazku.
    Ledwo co wyjechał z lasku,
    Znowu krzyk: «Jacy to głupi!
    A kto od nich Osła kupi?
    Podróżą go udręczą,
    Ciężarem go zamęczą,
    Chyba skórę przedadzą.
    — Nie źle oni coś radzą,
    (Rzekł Młynarz) chociaż i łają.»
    Więc z Synem z Osła zsiadają.
    Aż znowu mówią przechodnie:
    «A któż to widział, aby wygodnie
    Osioł szedł wolno, a Młynarz za nim?
    Wybacz, bracie, że cię ganim;
    Każdy z ciebie śmiać się będzie,
    Jak się nie poprawisz w błędzie.
    Nie poprawię, rzekł Młynarz; dość przymówek zniosłem;
    Chciałem wszystkim dogodzić, i w tem byłem osłem.
    Odtąd, czy kto pochwali, czy mnie będzie winił,
    Nie będę nic dbał o to; co chcę, będę czynił.»
    Co rzekł, to się ziściło,
    I dobrze mu z tem było.

    Wytłuszczenie moje, żeby nie umknęło czytelnikom, co tu najważniejsze w tej bajeczce przydługawej... ;)


  • Chciałam właśnie to wstawić. Sens podobny jak w tej bajce.
  • W wersji wyrafinowanej morał brzmi: "Kpij sobie ze świata i czyń zawsze dobro!"
    Podziękowali 3Katarzyna Subiektywna Katia
  • Ta książka od wiesi skłoniła mnie trochę do refleksji nad moimi przekonaniami; w pewnym miejscu autor odwołuje się do Arystotelesa, twierdząc, że kluczowym zadaniem wychowania dzieci jest właśnie nauczenie właściwego stosunku do przyjemności i przykrości, ale bez podawania, co Arystoteles miał na myśli. 
    A sięgając do źródła, Arystoteles twierdził, że przyswojenie cnoty wymaga:
    (1) szukania równowagi między skrajnościami (każdy ma ten złoty środek gdzieś indziej; okoliczności czynu też na to wpływają),
    (2) odkrywanie naturalnych inklinacji (każdemu coś innego sprawia przyjemność, w zależności od tego, co go pociąga, czego jest miłośnikiem), 
    (3) prawidłowy stosunek do przyjemności (jeśli coś nie sprawia przyjemności, to traktujemy to jako złe; ale nie znaczy to, że wszystko przyjemne jest dobre, a doświadczanie tej przyjemności utrudnia ocenę - zatem trzeba być tutaj ostrożnym).

    Natomiast zaciekawiło mnie coś innego. Autor tej książki mocno podkreśla siłę oddziaływania wartości / zasad. To samo znajduje się u Arystotelesa, a konkretnie:
    (1) każdemu przyjemne jest robić to, co kocha; Doznawanie (...) przyjemności należy do życia duchowego, każdemu zaś sprawia przyjemność to, czego jest miłośnikiem, jak np. koń miłośnikowi koni. Patrz wyżej wspomniane naturalne inklinacje
    (2) człowiek cnotliwy jest miłośnikiem cnoty, prawego działania; sprawia mu przyjemność postępowanie zgodnie z wymaganiami tejże cnoty.

    Przyjemność z pkt. 2 jest niezależna od okoliczności, trudu i przykrości związanej z podejmowaniem nielubianych czynności. To jest przyjemność ze zrobienia tego, co należało zrobić, ze słusznego działania po prostu. Tak mniej więcej widzę osobę dojrzałą - która jest zadowolona, że postępuje dobrze.

    W odniesieniu do dyskusji - kary i nagrody odciągają od takiego ideału; zamiast podkreślać wagę zasad i wartości (i troszczyć się o rodzące się zadowolenie z ich przestrzegania), przesuwają w stronę przyjemności/przykrości z czegoś innego.
    Podziękowali 2Maciejka makodorzyk
  • Dzięki za ładnie ubranie w słowa moich myśli ;)
    Dokladnie cos takiego obserwuje u syna (chociaz to przecież niemożliwe ;) ): wystarczy mu swiadomosc robienia dobrze za nagrodę i świadomość robienia zle za karę.
    Czasem trzeba oczywiscie zwrócić uwagę, ze cos było nie ok, albo ze ma prawo sie wściekać, ale nie ma prawa krzyczeć itd, bo wiadomo, ze proces wychowawczy jeszcze trwa. Ale celem jest takie ukształtowanie człowieka, zeby nie potrzebował tego „zewnetrznego sumienia” i dopalaczy w postaci kar czy nagród. Ma zachowywać sie dobrze tylko dlatego, ze jest to dobre, a nie dlatego, ze dostanie za to czekoladę.

  • powiedział(a):
     Ale celem jest takie ukształtowanie człowieka, zeby nie potrzebował tego „zewnetrznego sumienia” i dopalaczy w postaci kar czy nagród. Ma zachowywać sie dobrze tylko dlatego, ze jest to dobre, a nie dlatego, ze dostanie za to czekoladę.

    Piękne idee...
    Jednak, z mojej perspektywy, najgorzej, jak dziecko zachowuje się źle, a rodzice to tolerują i każą tolerować otoczeniu, w imię tego, że nie będą go przecież karać ani nagradzać, bo to takie nienowoczesne i szkodliwe. Przecież, jak będą je kochać, akceptować, stwarzać mu warunki (itp. zależnie z jakiego nowoczesnego teoretyka wychowania będziemy czerpać), to ono się w końcu samo nauczy, co jest dobre, a co złe i będzie spontanicznie to dobre wybierać.
    Niestety, moje dzieci jakoś spontanicznie tego nie łapią (a w każdym razie, nie na tyle szybko, by swoim niegrzecznym zachowaniem nie dokuczać otoczeniu), więc zanim załapią, to się świadomie wspomagam jasnymi sygnałami w postaci nagród i kar. Mam takie doświadczenie, że te nagrody i kary daje się dość skutecznie powiązać z karami i nagrodami wewnętrznymi (to się w literaturze przedmiotu nazywa "internalizacja norm"), a potem można te zewnętrzne wzmocnienia wycofać, jak już dziecko potrafi się nagradzać samo poprzez satysfakcję z tego, że robi dobrze oraz samo korygować swoje złe zachowania wskutek dyskomfortu jaki odczuwa wiedząc, że robi źle, nawet jeśli doraźnie to mu sprawia przyjemność.
  • @Katarzyna ale to już o jakims lenistwie tudzież prawie patologii piszesz, jesli rodzice akceptują zle zachowanie dziecka (ale umówmy sie, ze co jest dobrym, a co złym zachowaniem tez jest różnie interpretowane przez dorosłych). Wiadomo -trzeba ukierunkowywać młodego człowieka, jednak od zawsze karanie/ nagradzanie z mojej strony jak najbardziej ograniczałam, bo to taki handelek troche. To tak, jakby płacić dziecku za to, ze sie dobrze uczy (tak, sa takie osoby). No jakoś mi nie pasuje. 
    Fajne sa takie codzienne rozmowy: co było dobrze, co zle, za co być moze ja powinnam przeprosić dziecko (bo np. krzyknęłam). Nie musi być to jakby bezpośrednio kierowane do dziecka, ale wyrażone jako np. dziękczynienie we wspólnej wieczornej modlitwie. Ten pomysł polecił mi jeden ksiądz i jak widać w praktyce bardzo dobrze działa, dzieci codziennie maja podsumowanie swoich zachowań. Taka troche subtelniejsza wersja kary/ nagrody ;)
  • No dobrze, ale jeśli to nie skutkuje?
    Znam absolutnie nieznośną dziewczynkę (nie łobuza a egocentryczkę i manipulatorkę), której mama jest cudowną, troskliwą i cierpliwą matką, poświęcającą dziecku mnóstwo czasu. Naczytała się strasznie dużo tych wszystkich porad psychologicznych, więc nie stosuje kar, nie krzyczy, przytula i tłumaczy. Od lat. W poczuciu bezsilności czasem tylko się dziwi: "No ja jej tłumaczę, że tak nie można robić, ale nic to nie daje." No jasne, że nie daje, bo mała przecież nie jest głupia i doskonale wszystko rozumie, nie potrzeba jej tłumaczenia. Potrzeba motywacji.
    Podziękowali 3Elunia Berenika Katia
  • W odniesieniu do dyskusji - kary i nagrody odciągają od takiego ideału; zamiast podkreślać wagę zasad i wartości (i troszczyć się o rodzące się zadowolenie z ich przestrzegania), przesuwają w stronę przyjemności/przykrości z czegoś innego.

    Dlaczego? Nie rozumiem. Kary i nagrody to metoda wychowawcza nakierowująca młodego człowieka na życie dobre i cnotliwe. Dorosły nie jest głupi i funkcjonuje już inaczej, ale najpierw człowieka trzeba ukształtować. Co wielkiego można podsumowywać wieczorami jeżeli chodzi o jakieś prace konieczne, pomoc itp. Ustalamy jasne reguły i ich przestrzegamy, wcale to nie wyklucza rozmów i bliskości ale o sprawach ważnych nie o codziennych pierdołach.
  • @Bagata - mam takiego jednego syna. Po piątce grzecznych dzieci, którym zwykle wystarczały jasne komunikaty co wolno, a czego nie wolno i czemu, trafił mi się Ede. I świat przestał być już tak prosty... ;-)
    Ede jest bardzo bystry i bardzo uparty. Doskonale wie, czego chce. Wie również, co mu wolno, a czego nie wolno. Niestety, jeśli czegoś bardzo chce, to nie myśli o tym, czy wolno, czy nie. Co więcej, on już mając trzy lata zdawał sobie sprawę z tego, że różne pokusy są od niego silniejsze i potrafił to komunikować - np. "Tato, zamknij dobrze samochód i odwieś kluczyki wysoko, żebym nie sięgnął, bo jak nie, to ja tam wejdę." - w sytuacji, gdy doskonale wiedział, że nie wolno mu się bawić w samochodzie, bo rozładuje akumulator i potem samochód nie zapali. Na Eda zewnętrzne nagrody działają bardzo motywująco - potrafi zrezygnować z doraźnej przyjemności (np. brykanie po kościele z kolegą) w zamian za to, że potem otrzyma atrakcyjną nagrodę (np. rodzinne lody w drodze do domu po mszy). Może to i handel wymienny. Jednak skuteczny w wypracowaniu właściwych zachowań i pozwalający na trening w odraczaniu nagród, a to bardzo ważna umiejętność i często niedoceniana w dzisiejszych czasach.
  • cytata @Anawim tylko dziwnie mi się wkleił

    Dyskusja powinna dotyczyć tego, które nagrody i kary są bardziej / mniej efektywne. Bardzo dobrze to pokazuje książka polecana przez 
    @wiesia gdzie autor rozpisuje się dlaczego nieefektywna jest kara w postaci "nie dostaniesz lodów po obiedzie, skoro nie posprzątasz zabawek". Dzieciak ma do wyboru:
    + kontynuuję zabawę
    + unikam nieprzyjemności sprzątania

    vs. 
    - nie dostanę kiedyś tam w przyszłości lodów;

    ewentualnie:
    - przerywam zabawę
    - sprzątam
    vs. 
    + dostanę kiedyś tam lody

    Ten sam mechanizm działa, gdy wybieramy pracę, zakładamy rodzinę, jedziemy na wakacje, budujemy dom itd. tylko liczba zmiennych jest większa. A clue jest to samo - im bardziej gratyfikacja jest oddalona w czasie, tym większe ryzyko, że nakład nieprzyjemności jaki przyjdzie nam wziąć na barki nie zrównoważy się przez nagrodę. Ludzie to robią nagminnie w naszej kulturze, a potem się dziwią, czemu zapadają na depresję. I nie ma analogii do czasów wojny, gdzie ludzie nie takie rzeczy robili za kromkę chleba - bo gratyfikacja za pozbycie się głodu jest zgoła inna, niż za lepiej płatną pracę czy większy metraż na osobę, czy lepszą ocenę w szkole lub porządek w pokoju.

    Nie rozumiem dlaczego w tym wypadku pisze sie o karach i nagrodach, a nie o tym, że dziecko powinno zająć się czymś, gdzie umiejętność jako nagroda jest odroczona w czasie. Teraz jakoś tak są wychowywane dzieci, że wszystko musi być szybko i bez wysiłku. Cała kultura jest nastawiona na taki bezwysiłkowy fast-food. "Nie opłaca się" wielu rzeczy robić bo to kosztuje czas. 
  • powiedział(a):
    @Katarzyna ale to już o jakims lenistwie tudzież prawie patologii piszesz, jesli rodzice akceptują zle zachowanie dziecka (ale umówmy sie, ze co jest dobrym, a co złym zachowaniem tez jest różnie interpretowane przez dorosłych).
    No, to może się okazać, że współczesne teorie wychowawcze (anty-wychowawcze, moim zdaniem) promują lenistwo i patologię...
    ;-)
  • Elunia powiedział(a):

    Nie rozumiem dlaczego w tym wypadku pisze sie o karach i nagrodach, a nie o tym, że dziecko powinno zająć się czymś, gdzie umiejętność jako nagroda jest odroczona w czasie. Teraz jakoś tak są wychowywane dzieci, że wszystko musi być szybko i bez wysiłku. Cała kultura jest nastawiona na taki bezwysiłkowy fast-food. "Nie opłaca się" wielu rzeczy robić bo to kosztuje czas. 
    Ano właśnie o tym piszę powyżej odnosząc się do umiejętności czekania na nagrody odroczone (samokontrola jako przeciwieństwo impulsywności). Taka mądra jestem, bo się onegdaj zajmowałam naukowo wzmocnieniami odroczonymi. Wiecie, że umiejętność oczekiwania na odroczoną gratyfikację jest wprost proporcjonalna do poziomu rozwoju intelektualnego? I to zarówno filogenetycznie - im prostszy organizm, tym łatwiej rezygnuje z dużego odroczonego wzmocnienia w zamian za małe natychmiastowe - np. gołębie są bardzo niecierpliwe, szczury potrafią czekać trochę dłużej, a małpy wykazują się znacznie większą cierpliwością w oczekiwaniu na dużą nagrodę, jak i ontogenetycznie - im człowiek starszy, tym subiektywnie bardziej atrakcyjne są dla niego odroczone nagrody i tym dłużej potrafi poczekać.
    Podziękowali 3Elunia makodorzyk Katia
  • edytowano wrzesień 2018
    Właśnie o to idzie. Podatność na reguły pojawia się u bardzo małych dzieci, natomiast odraczanie gratyfikacji - wraz z rozwojem kory. 
    Skoro @Katarzyna zajmowałaś się tematem naukowo - to na czym polega trening odraczania gratyfikacji u małych dzieci i w jaki sposób przyczynia się faktycznie do długoterminowego radzenia sobie z takimi zadaniami w przyszłości?

    Ja uważam, że bilans przyjemności/przykrości musi się po prostu zgadzać. Jeśli ktoś odracza gratyfikację, to dlatego, że wybiera to, co przyjemniejsze. Choćby tą przyjemnością miałoby być uniknięcie wielce nieprzyjemnego wyrzutu sumienia. 

    Lub inaczej, jeśli kary są takie dobre i skuteczne, to czy wymierzacie sobie kary gdy np. ulegniecie pokusie na diecie, zmęczone nie posprzątacie wieczorem, czy w nerwach nawrzeszczycie przesadnie na dzieci? 

    Co do bezwysiłkowej kultury - wg mnie to jest odchylenie wahadła w drugą stronę. Mówimy o generacji rodziców, którzy poświęcili wiele (odraczając gratyfikację), by poprawić swój byt. Dzieci dostają wiele rzeczy na tacy od takich rodziców, ale też zadają sobie magiczne pytanie - czy ma sens się tak zajeżdżać? 
  • Poszukałem co cytowana tu Bogna twierdzi o karach. Chyba zmieniła zdanie:

    tutaj jest podobno przedruk z jej strony, ale na jej stronie już tego nie ma
    http://stopklapsom.pl/zamiast-klapsa/wedlug-ekspertow/kara-a-dyscyplina/

    za to jest coś takiego; mocno ogranicza stosowanie kar, ale dopuszcza
    https://www.przewodnik-katolicki.pl/Archiwum/2009/Przewodnik-Katolicki-42-2009/Rodzina/Czy-kary-sa-potrzebne

    Zgadzam się całkowicie z poglądem, że nie wolno dopuszczać i godzić się na nieprawidłowe zachowania. A dzieciaki i ludzie w ogóle to kontinuum; niektórzy wymagają tresury lub rozwiązań siłowych i nie idzie inaczej, bo po prostu taką mają naturę; fiksowanie się na jakiś ogólnych zasadach bez względu na okoliczności nie ma sensu. 
    Podziękowali 1Berenika
  • Anawim powiedział(a):

    Zgadzam się całkowicie z poglądem, że nie wolno dopuszczać i godzić się na nieprawidłowe zachowania. A dzieciaki i ludzie w ogóle to kontinuum; niektórzy wymagają tresury lub rozwiązań siłowych i nie idzie inaczej, bo po prostu taką mają naturę; fiksowanie się na jakiś ogólnych zasadach bez względu na okoliczności nie ma sensu. 
    Zaiste, mądrość przez kolegę przemawia. Nie sposób się nie zgodzić.

    Co do treningu odraczania - to się daje robić w praktyce. I ponoć jakiś trwały wpływ na funkcjonowanie delikwenta to może mieć. Dawno temu różne badania na ten temat zgłębiałam i ciekawe rzeczy tam były. To raczej na marginesie mojej pracy było, bo ja tę odroczoną gratyfikację badałam na szczurach. Żeby jakimś konkretem aktualnym rzucić, to musiałabym sobie odświeżyć tę wiedzę, bo od ok. 14 lat się tym nie zajmuję. Jeśli bardzo jesteś ciekaw, co naukowcy odkryli w tej dziedzinie, to mogę poszukać najnowszych wyników.
  • Heh, no kojarzę badania na szczurach z tym warunkowaniem przez zwiększanie porcji w zależności od czasu wstrzymania się z naciśnięciem przycisku.

    Co do badań na ludziach - jeśli sprawi Ci przyjemność odświeżenie, why not :smile: Same badania to pewnie potrafię znaleźć, ale inaczej coś takiego czyta i komentuje ktoś, kto się tym interesował.

    Ciekawi mnie szczególnie analiza, co wpływa na zdolność odraczania gratyfikacji (oprócz oczywiście jakiś wrodzonych cech; nieodmiennie mnie zaskakuje różnica między malutkimi dziećmi, z których jedne od początku chomikują słodycze, a inne od razu zażerają). Ja się interesuje mindfulnessem - ciekawe, czy zdolność "życzliwego kontemplowania" silnych impulsów nie kontrybuuje bardziej do zdolności odroczenia natychmiastowej gratyfikacji niż manipulowanie przyszłą nagrodą.

  • Dlaczego? Nie rozumiem. Kary i nagrody to metoda wychowawcza nakierowująca młodego człowieka na życie dobre i cnotliwe. Dorosły nie jest głupi i funkcjonuje już inaczej, ale najpierw człowieka trzeba ukształtować. Co wielkiego można podsumowywać wieczorami jeżeli chodzi o jakieś prace konieczne, pomoc itp. Ustalamy jasne reguły i ich przestrzegamy, wcale to nie wyklucza rozmów i bliskości ale o sprawach ważnych nie o codziennych pierdołach.

    W sensie, że czego zabrakło lub co możesz jeszcze zrobić teraz, by się ukształtować i nie musieć nagradzać za sprzątanie? :smile: 
  • Ja mam głębokie przekonanie, że dorosłego człowieka też należy kształtować.

    I karą dla mnie samej jest np. sytuacja, gdy nieprzyjemnie spojrzeć na siebie w lustrze i to nie tylko dlatego, że zmarszczki i siwizna.

    Ukształtowane sumienie człowieka karze wyrzutami, a te są nieprzyjemne.

    Praca wychowawcza nad samym sobą nigdy nie powinna się kończyć - to proces rozpisany na lata, wszystkie te lata, które zostały nam do śmierci.
  • edytowano wrzesień 2018
    Ja nie rozumiem tego lubienia i przyjemności w wykonywaniu roznych czynnosci w zyciu , w tyn tez czasami pracy .
    Sa rzeczy , ktore w zyciu wykonac trzeba i czasami bywa , ze trzeba trz isc do ptacy bo zyc z czegos też trzeba .
    To chyba ksztaltuje czlowieka też,bo nawet jesli czasami czegos sie nie lubi to jednak jest w czlowieku to poczucia zadowolenia , że np sprzątnął  i efekt tego nielubienia jest jednak pozytywny.



    Gdyby. Ludzie wykonywaniu to co glownie sprawia im przyjemność i lubią to raczej większość wybralaby relaksujący tryb zycia i wakacje .
    A jednak kształtują nas te rzeczy , ktorych casem nie mamy ochoty zrobic ale są wyższe cele ważniejsze i to one są wagą do zrobienia i otrzymania gratyfikacji w dobrym samopoczuciu własnym.

    To słynne sprzątanie , no jednak nie lubimy tego robić , ale jak zrobimy to jrstesmy zadowoleni z efektu i pokonania niechęci.
  • W tym lubieniu czy nielubieniu wartością ważniejszą jest chyba to , że trzeba uczuć spojrzenia na to jaki efekt dziecko otrzyma gdy cos zrobi .
    I uczyć takiej postawy , czy jest z tego dobro , nawet gdy się czegos robic nie lubi .
    Np pomoc w domu przy obowiązkach, prawie zadne dziecko nie lubi bo to stratą czasu na cenną zabawę.
    Ale jak zrobi ,  to wszystkim żyje się przyjemniej i jest mniej konfliktów i żadnym w domu ;) z powodów w sumie nieistotnych ale jednak rozbijajacych atmosferę w domu ;) 
  • Wslolczesny swiat i wychowaniu uczy moim.zdaniem fałszywie trochę.
    Uczy lubienia głównie, od nauki poptzez obowiazki na koncu prywatne zycie ttiearzystkie i pracę.
    Tylko efekty tego są dość słabe.
    Bo jednak wmawianie ludziom "'musisz kochać lubić swoją pracę bo znaczek będziesz nieszczęśliwy " 
    Może to jrst i dobre ale ma krótki nogi bo ikuzudzi jest równolegle nieszczęśliwych gdy takiej pracy nie ma i tych zdecydowanie jrst więcej.
    A moim zdaniem powinno sie bardziej zwracać uwagi co w tej pracy znaleźli pozytywnego i że jednak zapewnia byt rodzinie.
    Trzeba szukać czegoś wyżej niż tylko subiketywne lubię _ nie lubie.
    Przyjemniej osobiście tak staram sie uczuć dzieci .
    Nie wszystko w zyciu jest przyjemnością, rzekłabym ( i mówię ) , że większość to obowiązki życia i stanu.
    Ważniejsze od lubienia jrst spojrzenie jaki ma być efekt końcowy i on czysto jest dobry i bardzo dobry.
    I jest satysfakcja czyli nagroda ;) 
    A co ważniejsze jrst kształtowanie charaktery i cnót.
    Cnotą to obecnej jakieś archaiczne zjawisko rodem z muzeum archelogii templariuszy ;) 
  • Małgorzato, ja mam wrażenie, że o tym "polubianiu" wszystkiego mówią ludzie, którzy tego nie robią lub robią coś sporadycznie (jak specjaliści od codzienności z dziećmi, ktorzy dzieci nie mają). Bo to jest tak, jak piszesz - nie powiem, że lubię zmywać, prać, sprzątać, wstawać w nocy do dzieci - a nie przyszłoby mi do głowy, by siąść i dumać nad tym, że to powinnam polubić. Ja to robię zawsze, tak dobrze, jak mogę i tyle. Ale też nie robię z siebie biednego misia, nieszczęśliwego, który robi te wszystkie straszne i niemiłe rzeczy. To po prostu codzienność i rzeczywistość, neutralna, do zrobienia, a nie do rozważań, jakie to miłe i słodkie. Ani to kara, ta praca, ani nagroda. To życie. 
  • Ja sie nie znam @"Ania D."  Ale po latach stwierdzam, że bardzo wielu czynności i obowiązków da się polubić .
    Trzeba tylko przejść na dobrą stronę mocy B)
  • No i to samo jest z dziećmi - pomoc w domu, nauka, odrabianie lekcji, a nawet chodzenie na ulubione zajęcia w momencie, kiedy zimno, źle i daleko to jest obowiązek, który trzeba wykonać. Nic tu nie ma do rozkminiania.
    Podziękowali 3Malgorzata Rogalikowa Katia
  • edytowano wrzesień 2018
    Ja się dopiero na forum dowiedzialam, ze prawnie wszystko w zyciu trzeba lubić.
    A bez tego życie jest niemożliwe i n u szczęśliwe.
  • No ja sprzątania chyba nigdy nie polubię, ale sprzątam i nie dziamię. Ktoś czasami musi.
    Podziękowali 1kiwi
  • Ja doszłam do momentu ze lubię nawet sprzatac(w tej chwili nie bo jestem inwalida ciążowym) kiedy wiem co robić i gdzie. Widzę ze podobnie moje dzieci. W salonie na dole zabawki chłopców nawet Tosia ogarnie bo wie gdzie co.Gorzej jak stosy się piętrzą i nie wiadomo gdzie to , mebli brakuje, prZeklada się z miejsca na miejsce jakieś torby kartony i sama rozkładam rece co z tym.. piwnica tez nieczysta ale się tam znosi wpycha te wory..z ciuchami głównie ten problem ale nie tylko:.
  • Gdybym miała koniecznie, koniecznie określić, czy lubię codzienne czynności - to bym powiedziała, że nie. Ale robię je bez przymusu, pogodnie, bez złości. Traktuję wszystko jak np. mycie zębów - normalność, by istnieć. I tyle. Jak rzeczy potrzebne do kształtowania charakteru. Zrobić sprawnie, dobrze i szybko, by zająć się czymś innym, co na pewno określę, jako miłe i lubiane przeze mnie. Co nie znaczy, że gdybym mogła je komuś zostawić, to chętnie bym zostawiła i zajęła się swoimi pasjami. Tak mocno wsiąkłam w świat pasjonatów wszelkiej maści (wczoraj np. byłam u pana, co ma pod 300 odmian winorośli, a pojutrze jadę do osoby, która od lat tworzy swoje odmiany skrętników i znana jest na świecie w tej branży), że i tak brakowało by mi czasu na to, co chcę robić, co lubię robić, w czym jestem bardzo dobra i ceniona. Ale te codzienne rzeczy to taka równowaga dla charakteru, trochę garów, prania i sprzątania etc i trochę zdecydowanej radości i pasji. Czysty dom, jakkolwiek dla mnie rzecz bardzo ważna, to pasją moją nie jest.
Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.