Witaj, nieznajomy!

Wygląda na to, że jesteś tutaj nowy. Jeśli chcesz wziąć udział, należy kliknąć jeden z tych przycisków!

Cele małżeństwa

edytowano 24 sierpień w Arkan Noego
Żyjemy w czasach kryzysu małżeństwa i rodziny. Dowodem tego jest plaga rozwodów i niska dzietność. Wg nauki KK ale także praw ekonomii małżeństwo ma być korzystne dla obojga małżonków oraz zrodzić i wychować dzieci. Tzw. świat akcentuje dobro małżonków traktując - poniekąd - dzieci jako kaprys względnie jedno z wielu „dóbr do nabycia”. Reagując na ten stan rzeczy nauczanie KK podkreśla aspekt rodzicielski zaniedbując - nierzadko wręcz demonizując - aspekt dobrostanu małżonków. Mamy duszpasterstwa rodzin ale nie ma duszpasterstwa małżeństw (za wyjątkiem - o ironio! - tych niesakramentalnych). Efekt jest odwrotny od zamierzonego. Wierni (?) są głusi na wołanie hierarchów i księży i specjalnie mnożyć się nie chcą. Tymczasem prawda leży na wierzchu i krzyczy. Dobre i kochające się małżeństwa (albo będące takimi przez dłuższy czas) mają więcej dzieci aniżeli te, gdzie pomiędzy małżonkami dobrze się nie dzieje (pomijam patologie, gdzie dzieci są wynikiem niekontrolowanego poróbstwa w odurzeniu substancjami psychoaktywnymi). 
Uważam, że potrzebą chwili jest zakrojone na szeroką skalę duszpasterstwo małżeństw (małżeństwo nie jest tożsame z rodziną - to jest jest fundament, osnowa, szkielet). 

T
Podziękowali 2Gosia5 Monira
«1345

Komentarz

  • No i się zgodziłeś z ks. Blachnickim :) Domowy Kościół moim zdaniem jest duszpasterstwem małżeństw sakramentalnych.

    Siłą rzeczy są tam elementy dla rodzin, bo małżeństwa mają dzieci. Ale formuje się małżonków, nie rodzinę. Spotkania są w założeniu bez dzieci. Część rekolekcji również. 

  • Nie zgadzam się z tym: "Dobre i kochające się małżeństwa (albo będące takimi przez dłuższy czas) mają więcej dzieci aniżeli te, gdzie pomiędzy małżonkami dobrze się nie dzieje"
    Jak sam stwierdziłeś w innej dyskusji jak ktoś nie ma co do gara włożyć to o dzieciach nie myśli.
    Ja nie wiem gdzie Kościół napomina wiernych że rodzicielstwo jest wskazane. U nas w Kościele conajwyzej jakieś filozoficzne rozprawki przeciw aborcji które mało kto rozumie. Tematu posiadania dzieci nikt nie rusza, może dlatego że proboszcz zaliczył w tym temacie wtopę. A u nas jeszcze ludzie liczą się ze zdaniem księży .
    Podziękowali 1babka4
  • Ogolnie ciekawe ujęcie tematu. 
  • edytowano 24 sierpień
    @Agmar
    Dobre i kochające się małżeństwo potrafi żyć i kochać się nawet żyjąc skromnie - nie piszę, że w biedzie. To są moje wieloletnie obserwacje. Dobre małżeństwa są trwalsze i mają więcej dzieci. W tych, które się rozpadły nie było dzieci względnie jedno czy dwoje. 
    Stawiam hipotezę ( ;) ) że dzieci - w małżeństwie - to owoc ich miłości. 

    T
    Podziękowali 1M_Monia
  • @Tomasz i Ewa

    Masz rację, rozumiał to śp. abp Henryk Hoser, który tworzył korpus małżeństw, przygotowanych do prowadzenia poradni parafialnych i pomocy innym małżeństwom. Sam uczestniczyłem z żoną przez rok w takim kursie, razem z @Aneczka08 i jej mężem. Potem jednak nastąpiły zmiany personalne i projekt nie został zrealizowany w pierwotnym kształcie.

    Ale jest też organizowana przez Opus Dei Akademia Familijna, która prowadzi kurs o rozwoju miłości małżeńskiej. Myślę, że jak się poszuka, to są różne propozycje.
  • Maciek, to ma kapitalne znaczenie. Dobre, wielodzietne małżeństwa z długim stażem, ale nie zramolałe i niezezgredziałe - to skarbnica wiedzy i doświadczenia. Pamiętam, jakim wzorem dla nas byli nasi przyjaciele o 15 lat starsi. Mieli odpowiedź na każde z naszych pytań, służyli radą, doświadczeniem i pomocą. 

    T
    Podziękowali 1babka4
  • Dokładnie tak. Sam już od dłuższego czasu próbuje pokazać wielodzietnym, jak wielkim są skarbem i jak wielka dzieje się szkoda, kiedy chowają się przed światem. No, ale powiedzmy szczerze, że większych sukcesów w tym przekonywaniu nie odnotowałem. Woleli już założyć drugie forum, aby mnie więcej nie słuchać :)
  • edytowano 24 sierpień
    Maciek_bs powiedział(a):
    Dokładnie tak. Sam już od dłuższego czasu próbuje pokazać wielodzietnym, jak wielkim są skarbem i jak wielka dzieje się szkoda, kiedy chowają się przed światem. No, ale powiedzmy szczerze, że większych sukcesów w tym przekonywaniu nie odnotowałem. Woleli już założyć drugie forum, aby mnie więcej nie słuchać :)
    byli tylko sreberkiem z czekolady? 

    T
  • Maciek, a może wspólnie wydamy jakiś „poradnik dla mm”? ;) żartuję. 

    T
  • @Agmar pewnie ze malodzietnw małżeństwa bywaja dobre i bezdzietne.
    Chodzi jednak o statystyki a tu: najczęściej rozpadają się małżeństwa bezdzietne, następnie z 1 dzieckiem....A już z dwójką, trójka i więcej dzietne zdecydowanie rzadziej. 


    Jednak ludzie decydują się na powiększenie rodziny jak jest między nimi dobrze.
    Gdy tata pokazał że nie pomaga przy 1 dziecku, to po co mieć z nim kolejne? 
  • Oczywiście zdarza się że jest rozpad rodziny wielodzietnej
    Statystycznie jednak mężczyzna/ kobieta rzadziej odchodzi gdy ma więcej dzieci.


  • M_Monia powiedział(a):
    Oczywiście zdarza się że jest rozpad rodziny wielodzietnej
    Statystycznie jednak mężczyzna/ kobieta rzadziej odchodzi gdy ma więcej dzieci.


    O trwałości decyduje jakość związku a nie liczba dzieci. Liczba dzieci świadczy - często - o jakości (miłości) małżeństwa. 

    T
  • Bardzo ważne. 

    Ostatnio znów podłamały mnie rozwody znajomych wielo i nie-wielo:(


  • edytowano 25 sierpień
    Rodzina może się też rozpadać bez rozwodu. 
    Podziękowali 2Monira Berenika
  • Jejku gdybym nie miała dzieci i to piątki obecnie na pokładzie, tylko np dwoje to w ostatnim czasie wystawiłabym mężowi walizki za drzwi a on mnie. 
    W sumie tylko to, że mamy dzieci i obydwoje czujemy się za nie odpowiedzialni sprawiło, że postanowiliśmy się dogadać. Bo obydwoje nie wyobrażamy sobie tego, że moglibyśmy być takimi egoistami i myśleć jedynie o swoim komforcie.
    I rozumiem że ktoś upatruje sobie ratunku i rozwoju we wspólnocie. Albo w warsztatach.
    Myśmy byli kilka lat w DK i wszystko stanęło przez to na głowie i tak stało 15 lat. Później weszliśmy w kręgi tradycjonalistów i OD ( to ostatnie całkiem lajtowo) i dalej w niczym to nie pomogło.
    Pomógł tylko kryzys, życzliwi ludzie wokół a przede wszystkim dzieci i nasz do nich stosunek.
    Życzliwi ludzie to też tacy którym dawno temu rozpadły się rodziny. 
  • Odrobinka powiedział(a):

    Myśmy byli kilka lat w DK i wszystko stanęło przez to na głowie i tak stało 15 lat. Później weszliśmy w kręgi tradycjonalistów i OD ( to ostatnie całkiem lajtowo) i dalej w niczym to nie pomogło.

    To interesujące, co piszesz. Możesz sprecyzować, co to znaczy, że "stanęło na głowie"?
    I jeszcze pytanie: a czy fakt bycia we wspólnotach nie ma/miał związku z Waszym poczuciem odpowiedzialności i brakiem egoizmu (egoizm="moje szczęście ważniejsze niż dzieci")?
  • edytowano 25 sierpień
    @Ata Myślę że wiele spraw było z naszej strony na wyrost. Zbyt mało się znaliśmy. I zamiast skupiać się na poznawaniu siebie skupiliśmy się na realizowaniu zobowiązań różnorakich. Słuchaliśmy innych zamiast siebie nawzajem. Patrzyliśmy na to jak powinno być a nie na tym jak było i każde z nas brało za dużo na siebie. Ergo nie nauczyliśmy się razem ciągnąć życiowego wózka tylko mieć do siebie oczekiwania których żadne nie mogło spełnić.
    Dzieci zawsze były z nami na spotkaniach, ponieważ wszyscy w kręgu mieli małe dzieci i po prostu inaczej się nie dało. Tak że kosztem dzieci nigdy się to nie odbywało.
    Podziękowali 3jan_u Pioszo54 Ata
  • Odrobinka powiedział(a):
    Ergo nie nauczyliśmy się razem ciągnąć życiowego wózka tylko mieć do siebie oczekiwania których żadne nie mogło spełnić.
    Czyli dokładnie odwrotnie niż jest w założeniach DK. Istotą zobowiązań jest zbliżenie małżonków do siebie i jednocześnie ich relacji z Bogiem. Nie bez powodu się żartuje, że dobry dialog powinien się kończyć w łóżku. Aby małżonkowie mogli dbać o równe postępy w zbliżaniu się do Boga, muszą się dobrze poznawać i spędzać ze sobą odpowiednio dużo czasu. Stąd istnienie diakonii wychowawczej i zachęta aby organizować dla dzieci opiekę podczas spotkań kręgów czy dialogów. Nie da się budować jedności małżeńskiej jeżeli rozdzielamy czas tylko między dzieci i obowiązki, a tylko w takiej jedności możemy zbudować poprawną relację z Bogiem. Mówi się że każdy jest odpowiedzialny za zbawienie swojego współmałżonka.

  • Nie bez powodu się żartuje, że dobry dialog powinien się kończyć w łóżku.

    Pierwszy raz słyszę tę rewelację (na szczęście).
  • Ale wracając do tematu: istnieje duszpasterstwo małżeństw, nie wiem, czemu wydaje się niektórym, że nie.

    Jak już napisano, jest to np. DK, które jest adresowane do małżonków.

    Dzieci są w nim jedynie dlatego, że nie da się ich "usunąć" z życia małżonków.
  • Co to opowiadasz? 

    „ Skądże bowiem wiesz, żono, czy męża zbawisz ? Albo skąd wiesz, mężu, czy żonę zbawisz?” 1 Kor 7, 16
  • Zgaduję, że jednak istnieją i inne wspólnoty dla małżeństw.

    Nie zgaduję, tylko wiem.
  • Tomasz i Ewa powiedział(a):
    Co to opowiadasz? 

    „ Skądże bowiem wiesz, żono, czy męża zbawisz ? Albo skąd wiesz, mężu, czy żonę zbawisz?” 1 Kor 7, 16

    Tak samo jak nie wiesz czy siebie zbawiasz, ale starać się powinieneś. Tak samo powinieneś się starać o zbawienie swojej żony. W końcu jesteście jednym ciałem.
  • edytowano 25 sierpień
    To ty jeszcze nie wiesz, że siebie nie zbawisz, choćbyś i pękł z wysiłku? Zbawienie jest działaniem łaski Bożej a nie twoich starań. Piętnaście wieków minęło a herezja Pelagiusza wciąż żywa. 

    Podziękowali 1Berenika
  • Nie herezja, a skrót myślowy nawiązujący do cytatu z pisma.


  • edytowano 26 sierpień
    No całe to staranie mnie nie przekonuje. Mam w sobie potrzebę poznawania Boga. Potrzebę modlitwy. Jeśli nie pójdę za długo do spowiedzi to mnie sumienie gniecie itd. 
    Nie wiem czemu mam się rozwijać w drodze do Boga na równym poziomie z mężem. Nie sądzę nawet że  jest to możliwe. Mamy często zupełnie odmienne myślenie na wiele tematów i nie bardzo rozumiem jak byłoby to możliwe? 
    Miałabym czekać na niego aż dojrzeje duchowo kosztem swojego rozwoju? Czy też ciągnąć go za uszy? I vice versa?
    Nie czuję odpowiedzialność za męża w jego rozwoju duchowym. Mogę mu zwrócić uwagę że dawno nie był do spowiedzi np ale jeśli on nie chodzi to mam mu tłumaczyć postawy katolicyzmu? Takie jest założenie? Mimo wszystko dzis uwazam że jesteśmy po prostu dwojgiem obcych ludzi którzy postanowili ze sobą spędzić życie i poprosili Boga o błogosławieństwo. Wymaga to kompromisów i rozmowy ale osobista relacja z Bogiem jest moją prywatną sprawą i nie jestem stanie jej nikomu wytłumaczyć nawet mężowi. 
    Wydaje mi się, może błędnie że ta mityczna jedność jest tylko mitem. 
    Że bycie jednym ciałem nie oznacza odpowiedzialności za zrównoważony rozwój w wierze tylko wspólne życie i dbanie o siebie nawzajem. O tą drugą osobę w związku jak o siebie a czasem nawet bardziej. 

    Podziękowali 1Tomasz i Ewa
  • Odrobinka powiedział(a):
    Nie wiem czemu mam się rozwijać w drodze do Boga na równym poziomie z mężem.

    Bo inaczej oddalasz się męża. Na I rekolekcjach OR powinnaś mieć to dokładnie omówione.


  • A co jeśli mąż czy żona straci wiarę? Też odpowiedzialna za to jest druga połówka? Trochę mi się to kłóci z rzeczywistością.
    Nie da się za.kogos ani wierzyć ani dokonywać.innych wyborów. 
    Sądzeni po śmierci będziemy osobno a nie jako jedno ciało
    Podziękowali 2Tomasz i Ewa Aga85
  • Pawlukiewicz powiedział kiedyś że albo zbawieni będą oboje albo żadne.
Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.